Mulan. Girl power w pradawnych Chinach

60%

Minęła dekada odkąd Disney zaczął seryjnie przemieniać swoje największe animowane przeboje w wersje aktorskie i jak na razie jedyne, co udało się osiągnąć, to udowodnienie, że nie da się w trakcie tej transformacji nie utracić specyficznej magii, która przez wiele lat oczarowywała dzieciaki na całym świecie. "Mulan" nie jest wyjątkiem, ale zawiesza poprzeczkę odrobinę wyżej.

Największym problemem aktorskich remake'ów Disneya jest ich padlinożerczy charakter - żerują na sentymencie i robią to na tyle sprawnie, że chociaż nie potrafią odtworzyć atmosfery pierwowzorów (a za wszelką cenę próbują to uczynić) i nie tworzą własnej, która mogłaby równie żywo poruszyć, zarabiają krocie, więc nikomu z włodarzy studia nawet przez myśl nie przejdzie, żeby cokolwiek w sprawdzonym schemacie zmieniać. Z tej perspektywy "Mulan" można wręcz uznać za sukces - to wciąż opowieść o dziewczynie, która udaje chłopaka, by wziąć udział w wojnie w zamian za niesprawnego ojca, ale tym razem przynajmniej z własną tożsamością.

Inspiracje odpowiedzialnej za reżyserię Niki Caro są wyraźne. "Hero", "Cesarz i zabójca", "Trzy królestwa" - te ogromne, pompatyczne i wysokobudżetowe produkcje to wyraźnie zarysowane widmo stojące za każdą jedną sceną "Mulan". Zresztą w obsadzie znalazło się kilku aktorów, dla których tego rodzaju kino nie jest nowością, między innymi Donnie Yen, Jet Li czy Pei-pei Cheng. W konsekwencji nie ma tutaj elementów musicalu, nie ma smoka przemawiającego głosem Eddiego Murphy'ego (albo Jerzego Stuhra), nacisk położono na spektakularną historię wojenną, której bliżej do samego źródła, czyli "Ballady o Mulan" spisanej w czasach dynastii Song (w okolicach XI-XII wieku).

 

Z tych samych ambicji wynikają największe wady filmu - ma budżet i oprawę wizualną hitów z Hong Kongu, ale nie ma ich duszy, co najwyraźniej widać w scenach pojedynków. Do przygotowania choreografii nie zatrudniono chińskich specjalistów i w każdym jednym starciu da się odczuć, że jest przemyślane na hollywoodzką modłę, a w dodatku zgodnie z amerykańskimi standardami poszatkowano je, chaotycznie zmontowano, a zamiast perfekcyjnego (i czasochłonnego) dopracowania poszczególnych walk, zakamuflowano niedociągnięcia szybkimi cięciami, drżącymi ujęciami i zbliżeniami uniemożliwiającymi zidentyfikowanie, czyja kończyna do kogo należy. To duże rozczarowanie, choć nie aż tak dotkliwe, jak zakrzywienie tożsamości filmów samurajskich wywołane "Ostatnim samurajem" z Tomem Cruisem. Zdaje się zresztą, że jednym z celów, jakie wytyczyła sobie Caro było uwolnienie disney'owskiej "Mulan" od stereotypowego postrzegania Chin, gdzie chociażby smok Mushu z wersji animowanej nie był - delikatnie pisząc - dobrze przyjętą postacią.

Niki Caro obrała podobną ścieżkę do wyznaczonej przez twórców związanych z Marvel Studios - z jednej strony dba o zainteresowanie najmłodszych widzów, z drugiej o zwiększenie realizmu historii doskonale znanej starszym odbiorcom, a rezultat wywołuje mieszane uczucia. To nie jest film, przez który trudno byłoby przebrnąć, a z drugiej strony miks amerykańskiego girl power z chińskimi tradycjami w drugiej połowie wypada blado. Podobny dysonans wywołują piękne plenery i szerokie kadry w scenach podróży oraz kompletnie zmarnowany potencjał scen pojedynków. Na pewno natomiast z perspektywy dotychczasowych aktorskich wersji klasyków Disney'a jest to krok we właściwym kierunku i nadzieja na to, że kolejne filmy (a jest ich w planach mnóstwo - "Cruella", "Mała syrenka", "Piotruś Pan i Wendy" oraz wiele innych) nie będą zniewolone przez niezdrową nostalgię.


Mulan

USA/Kanada/Hong Kong, 2020

Walt Disney Pictures

Reżyseria: Niki Caro

Obsada: Yifei Liu, Donnie Yen, Li Gong



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive