Może pora z tym skończyć. Być jak Charlie Kaufman

74%

Charlie Kaufman to jeden z największych i jednocześnie (a może właśnie dlatego) najbardziej niedocenianych umysłów Hollywood. Jego scenariusze do "Być jak John Malkovich", "Niebezpiecznego umysłu", "Adaptacji" czy "Zakochanego bez pamięci" to po dziś dzień dzieła wyjątkowo oryginalne i nie tylko wolne od hollywoodzkich schematów, ale wręcz widowiskowo miażdżące je. Charlie Kaufman jako reżyser to jednak nieco bardziej złożona kwestia.

W tej kulturze istnieje tylko jeden sposób tworzenia filmów - stwierdził w jednym z wywiadów, a zaraz później dodał, że jeżeli uda się od tego sposobu odejść, umysły widzów otworzą się. Może brzmi to górnolotnie, a nawet tajemniczo, ale dostaliśmy już wystarczająco dużo dowodów, by zaufać tej wizji, a "Może pora z tym skończyć" zdaje się być historią zbudowaną właśnie wokół tego jednego zdania. Trochę inaczej sytuacja wygląda w momencie, kiedy Kaufman decyduje się na wyreżyserowanie własnego tekstu, a do tej pory był to przede wszystkim przypadek filmu "Synekdocha, Nowy Jork" z 2008 roku, który ma tak samo wielu wielbicieli jego metafizycznego charakteru, co przeciwników jego pretensjonalnego nadęcia.

 

Nie podejmę próby rozstrzygnięcia sporu, sam całkowicie pogodziłem się z ambiwalentnymi uczuciami, jakie towarzyszyły mi podczas kilku seansów "Synekdochy" i ostatecznie uznałem, że prostej odpowiedzi nie ma (co może być kolejnym przejawem geniuszu Kaufmana), niemniej do "Może pora z tym skończyć" podszedłem z uprzedzeniem i obawami, że reżyser/scenarzysta uderzy dokładnie w ten sam ton, na co wskazywałby zresztą nienapawający optymizmem tytuł.

Ostatecznie okazuje się... Właściwie nie mam pojęcia co się okazuje. Kaufman niezaprzeczalnie nadal potrafi namącić w głowach publiczności. W pierwszych scenach przedstawia nas parze wybierającej się w odwiedziny do rodziców mężczyzny (Jesse Plemons), naświetlając jednocześnie wątpliwości kobiety (Jessie Buckley) i przez chwilę wydaje się, że właśnie taki będzie to film - pieczołowicie dopracowane dialogi pary intelektualistów tęskno spoglądających przez okna i interpretujących przyziemne zjawiska na eschatologicznym poziomie. Jeżeli widzieliście "Tam, gdzie rosną poziomki" Ingmara Bergmana, to znacie ten nastrój.

 

W tych trwających blisko dwadzieścia minut erudycyjnych popisach pada także niby niewinne i doskonale znane każdemu zdanie: Chyba oglądam zbyt dużo filmów, ale przez pozostałe niespełna dwie godziny powoli odkrywamy, że przesyt ujednoliconą perspektywą na niemal każdy aspekt życia prezentowaną przez Fabrykę Snów wcale nie jest tak nieszkodliwe, jak mogłoby się wydawać. Ten pryzmat staje się naszymi soczewkami, powoduje, że wierzymy w możliwość wyjścia bez szwanku ze skoku z pędzącego pociągu albo w niesłabnący romantyzm wypełnionej symbolami i wielkimi przemowami miłości.

Najciekawszą postacią w tym kontekście okazuje się ta, która mówi najmniej - podstarzały szkolny dozorca z początku pojawiający się w króciutkich scenach pozornie oderwanych od pozostałych wydarzeń. Może wydawać się, że ma spokojne, pogodne życie, ale trwać jako jedyny starzec w budynku, który powstał z myślą wyłącznie o młodzieży to istne piekło. Szczególnie intensywna jest scena samotnego posiłku przed telewizorem, na ekranie którego rozgrywa się głupkowate, ckliwe wyznanie miłości - jeden kadr, ale dwa skrajnie odmienne doznania.

 

Kaufman uprawia tę żonglerkę regularnie, chociażby tuż po podróży, kiedy trafiamy do rodzinnego domu mężczyzny, gdzie tajemnicze, podrapane drzwi do piwnicy, przygaszone światła i dziwaczni rodzice fenomenalnie odegrani przez Toni Collette oraz Davida Thewlisa sugerują, że lada moment wydarzy się coś fatalnego, z pogranicza filmu grozy. Rozczarowaniem może być natomiast to, że nic nadnaturalnego poza drobnymi czasoprzestrzennymi wahaniami w lynchowskim stylu nie wydarza się. Treść nie jest wzmocniona przez niebywałe wydarzenia, jakich można było doświadczyć przy "Zakochanym bez pamięci" czy "Być jak John Malkovich", a kiedy wyciąć wszystkie te niespełnione obietnice, pozostają zupełnie zwykli ludzie wyrażający opnie na przeróżne tematy. Często ciekawe i zawsze zbyt mało ludzkie, by uwierzyć, że taki świat mógł istnieć naprawdę. Zresztą reżyser musi mieć tego świadomość, bo podobny osąd ustami swojej bohaterki artykułuje pod adresem "Kobiety pod presją" Johna Cassavetesa. Po co więc brnie w tym samym kierunku? Może to kolejna warstwa refleksji nad tym, czy faktycznie da się tworzyć filmy w odmienny sposób? Materiału pod akademickie analizy jest tutaj aż zanadto.

"Może pora z tym skończyć" nie jest aż tak hermetycznym obrazem, jak "Synekdocha, Nowy Jork", a z drugiej strony nie ma rozrywkowego charakteru, jaki ze scenariuszy Kaufmana potrafili wycisnąć Michel Gondry albo Spike Jonze. To trudny i wymagający obraz, któremu trzeba poświęcić sto procent uwagi, bo chociaż obsada wypowiada ogromną ilość słów, równie dużo treści przekazuję znakomite zdjęcia Łukasza Żala (w jego pierwszym przedsięwzięciu po zachwyceniu całego świata "Zimną wojną"). Jeżeli źle znosicie temat przemijania (zarówno czasu, jak i uczuć), za wszelką cenę wystrzegajcie się tego filmu, a jeżeli starość i rozliczanie się z przeszłością nie są wam straszne, wgląd w umysł Kaufmana podsunie wam wiele nowych wątków pod rozwagę.


Może pora z tym skończyć
Tytuł oryginalny: I'm Thinking of Ending Things

USA, 2020

Likely Story

Reżyseria: Charlie Kaufman

Obsada: Jessie Buckley, Jesse Plemons, Toni Collette



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive