Bill & Ted Face The Music. Wielka przygoda starszych panów

60%

Wreszcie są! Najbardziej szalony, wyluzowany i nieprzewidywalny duet w historii kina wrócił! Nie, to nie Jay i Cichy Bob, nie Lloyd i Harry, a nawet nie Beavis i Butt-Head czy Wayne i Garth. To Bill i Ted! Kto? No właśnie... Na ten powrót nie czekał chyba nikt poza najbardziej zatwardziałymi fanami i fankami Keanu Reevesa, który w ostatnich latach ponownie wspiął się na wysoką falę i został ulubieńcem internetu.

"Wspaniała przygoda" i "Szalona wyprawa" z przełomu lat 80. i 90. mają oczywiście zagorzałą publikę, niemniej jest to publika, która zna te filmy jeszcze z pokazów kinowych albo z czasów ich świetności w wypożyczalniach kaset wideo. Kolejne pokolenia nie wychowywały się na przygodach nierozgarniętych podróżników w czasie, a kiedy wraca się do nich dzisiaj, trudno nie odnieść wrażenia, że rzucający w co drugim zdaniu whoa i odgrywający "powietrzne" solówki duet wcale nie był aż tak cool, jak wówczas się wydawało. Nie byli ani tak bardzo niemądrzy, jak bohaterowie "Głupiego i głupszego", ani tak bardzo bezpardonowi, jak dilerzy z "uniwersum" Kevina Smitha, nie zestarzali się dobrze i nie można było po niespodziewanym sequelu absolutnie niczego oczekiwać... Dlatego wypadł całkiem nieźle.

"Bill & Ted Face The Music" to - jak można było się spodziewać - fanserwis, igranie z nostalgią, a także historia dwóch Piotrusiów Panów głęboko przekonanych, że muzyka może uratować świat nie tylko w sensie metaforycznym, ale również dosłownym. Jeżeli nie pamiętacie wcześniejszych części, to krótkie przypomnienie - Bill i Ted zostali obarczeni ciężarem przepowiedni, zgodnie z którą zostaną autorami piosenki obdarzonej mocą jednoczenia wszystkich ludzi. Pod koniec "dwójki" wszystko wskazywało na to, że osiągnęli sukces, ale ćwierć wieku później dowiadujemy się, że byli "kapelą jednego hitu" i to nie był Ten hit. Domknięcie trylogii jest więc zarazem obrazem walki z twórczą niemocą w czasie kryzysu wieku średniego, czyli absolutnie nie tym, co mogłoby zainteresować dzisiejszą młodzież, a tym, co może trafić do osób, które dorastały z Billem i Tedem.

 

Postacie Reevesa i Alexa Wintera mają mniej więcej tyle samo luzu, co Karol Krawczyk i Tadeusz Norek. Używają dude zamiast przecinka, żywo gestykulują i nadal sądzą, że gitary elektryczne są "młodzieżowe", ale jednocześnie urzekają szczerością, być może nawet większą niż kiedykolwiek wcześniej. To ich ratuje, bo "Face The Music" jest filmem kompletnie nieśmiesznym. W dialogach nie ma niczego, co mogłoby wywołać chociażby drganie w kącikach ust, okazjonalnie nieco lepiej wypadają niektóre gagi, ale to by było na tyle. Rekompensatą, za sprawą której seans nie okazuje się zmarnowanym czasem jest natomiast pasja i całkowity brak zobowiązań. Twórcy i cała obsada (w tym goście pokroju Dave'a Grohla czy Kida Cudiego) tak świetnie bawią się na planie filmowym, że trudno nie zarazić się ich optymizmem.

Scenarzyści Chris Matheson i Ed Solomon zostawili sobie jednak furtkę umożliwiającą ewentualny powrót do tego świata na wypadek, gdyby "Face The Music" spotkało się z dużym zainteresowaniem. Im dalej, tym coraz ważniejszymi postaciami okazują się córki głównych bohaterów - Thea i Billie, odgrywane przez Samarę Weaving ("Zabawa w pochowanego", "Guns Akimbo") oraz Brigette Lundy-Paine ("Atypowy"), którym wprawdzie bliżej już do trzydziestek niż do wieku nastoletniego, a jednak znakomicie i wiarygodnie wcielają się w bohaterki dorównujące swoim ojcom nieporadnością oraz fartem.

 

Ich sukcesy to między innymi stworzenie zespołu złożonego z Jimiego Hendrixa, Louisa Armstronga, Wolfganga Amadeusza Mozarta, Ling Lun (według chińskich legend twórczynię muzyki) oraz Grom, dzikiej kobiety z prehistorycznej jaskini (nie ma szans, żeby zbiór takich indywiduów w prawdziwym świecie stworzył zgraną kapelę!), a także udobruchanie trawionej przez depresję Śmierci, który w samotności oddawał się odgrywaniu przaśnych solówek na gitarze basowej. O ile dla Billa i Teda "Face The Music" jest idealnym pożegnaniem, o tyle spin-off z Theą i Billie w rolach głównych, z nieco bardziej kąśliwym scenariuszem (na przykład Jamesa Gunna albo Taiki Waititiego, a już najlepiej Kevina Smitha) mógłby wyjść poza głęboką niszę i trafić do kinowej dystrybucji.

Najdziwniejsze w "Bill & Ted Face The Music" jest to, że w ogóle taki film powstał i to z Reevesem w obsadzie, który wprawdzie jeszcze kilka lat temu borykał się z okresem chałturzenia, ale po sukcesie "Johna Wicka" znów jest na szczycie, a w planach ma czwartego "Matrixa" czy udział w grze "Cyberpunk 2077". Niespodziewanie także ta prosta historia o ratowaniu świata poprzez muzykę doskonale pasuje do ponurych realiów 2020 roku i chociaż ostatecznie utwór, który miał zbawić świat brzmi koszmarnie, kryje się za nim ważniejsze przesłanie. Twórcy filmu doskonale przecież wiedzieli, że nikt nie będzie w stanie skomponować czegoś, co byłoby godne miana soterycznego monumentu leczącego rany świata, więc przemienili żart sprzed lat w przesłanie nawołujące do jednoczenia się, bo ostatecznie nie ważne, co się gra, byleby grać razem. Naiwne, niedorzeczne, a jednak podane w takiej formie, że w trzewiach robi się cieplej.


Bill & Ted Face The Music

USA/Kanada/Włochy, 2020

Hammerstone Studios

Reżyseria: Dean Parisot

Obsada: Keanu Reeves, Alex Winter, Samara Weaving



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive