Jazz Maynard, tom 2. Bardziej Chris Botti niż Lester Bowie

61%

Tytuł może okazać się zbyt hermetyczny, więc kilka słów wyjaśnienia - Lester Bowie był free jazzowym innowatorem, który granie na trąbce wyniósł na wyższy poziom, tymczasem Chris Botti to sprawny rzemieślnik parający się niezbyt wymagającym smooth jazzem. Dotąd można było sądzić, że bohaterowi wymyślonemu przez Raule bliżej do tego pierwszego, ale w drugim tomie zbyt wiele z jego melodii brzmi banalnie i wtórnie.

Początek i wydarzenia osadzone w Barcelonie nie zwiastuję nadchodzących zmian. Na pierwszych stronach wciąż jest parno i gęsto od spragnionych nocnego życia ludzi. Ciepłe barwy i narracja pod postacią relacji z koncertu budują intrygującą atmosferę, ale Raule desperacko walczy, żeby znaleźć w tym jakąś historię. Wymyślanie oryginalnych scenariuszy może nie jest jego największym atutem, ale poprzednio potrafił wzbić się ponad coś tak prostego, jak poszukiwanie rzadkiego artefaktu i walkę z lokalnym drabem. Tym razem poszedł po linii najmniejszego oporu, co w połączeniu z przydługimi dialogami potrafi znudzić.

 

Dynamikę zwiększają szybkie - co dwie-trzy strony - przejścia do kolejnych scen, niemniej cały wątek hiszpański (czyli mniej więcej jedna trzecia tomu) wypada tylko nieźle. Jest tutaj kilka wyśmienitych scen walk ze znakomitą choreografią i pięknymi rysunkami Rogera, ale treść to niemalże kalka pierwszego tomu, a w rezultacie otrzymujemy krótką, rozrywkową i całkiem przyjemną przygodę silnie zainspirowaną "Cowboy Bebop", ale wyraźnie da się odczuć spadek formy.

Autor najwyraźniej wyczuł, że formuła się wyczerpała i w dalszej części postanowił drastycznie odmienić realia - Jazza oraz jego przyjaciela Teo przeniósł z upalnej Hiszpanii na mroźną Islandię, a przy okazji także oprawa graficzna stała się chłodniejsza. Pomysł na starcie z nacjonalistycznymi potomkami wikingów zapowiadał się intrygująco (kto by nie chciał zobaczyć, jak biali ludzie przekonani o wyższości swojej razy dostają łomot), ale niespodziewanie zaczynają się dziać rzeczy przedziwne...

 

Jazz i Teo śnią ten sam sen o tajemniczej, egzotycznej kapłance; jesteśmy świadkami sceny z wynurzającym się wielorybem oraz towarzyszącym mu tekstem utworu Cheta Bakera (w wersji filmowej byłby to murowany wyciskasz łez); pojawia się serum prawdy niczym w kinie sensacyjnym z lat 80., ale miarka przebiera się wówczas, gdy Teo wyskakuje z helikoptera, a przed upadkiem ratuje go czarnowron. Ten sam średnich rozmiarów ptak, którego znamy z polskich ulic. Nawet jeżeli na wcześniejszych stronach dopisane zostało mu znaczenie symboliczne, trudno nie odnieść wrażenia, że skok Teo to zarazem "przeskoczenie rekina", a tym samym wiarygodność "Trylogii islandzkiej" zostaje gwałtownie obniżona.

Jedyny ratunek dla drugiego spotkania z Jazzem Maynardem to te momenty, kiedy historia traci na znaczeniu, a zastępują ją akcja. Pojedynki wyglądają znakomicie i jeżeli potraktować ten tom jak kino klasy B spod znaku Michaela Dudikoffa czy Lorenzo Lamasa, można tu znaleźć przyjemną lekturę, ale to dużo mniej niż po kontynuacji "Trylogii barcelońskiej" można było się spodziewać.


Jazz Maynard

Polska, 2020

Non Stop Comics

Scenariusz: Raule

Rysunki: Roger



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive