Deadly Class: Klaus Nomi

Wizjoner o anielskim i diabolicznym głosie zarazem, tajemnicza androgyniczna postać o dziwacznej fryzurze i charakterystycznym stroju w kształcie trójkąta, artysta swobodnie poruszający się w stylistyce rock'n'rollowej i operowej, jedna z pierwszy ofiar AIDS w artystycznym światku Stanów Zjednoczonych... Klaus Nomi aktywnie tworzył przez zaledwie cztery lata, a być może gdyby nie nagła śmierć, byłby dzisiaj wymieniany jednym tchem obok takich postaci, jak David Bowie czy Iggy Pop.

Klaus Sperber urodził się w Immenstadt w Alpach Bawarskich 24 stycznia 1944 roku. Był jedynakiem wychowywanym przez samotną matkę, a z muzyką związał się w latach 60., choć jeszcze nie w wymarzonym zakresie - pracował jako odźwierny w Deutsche Oper w Zachodnim Berlinie, a kiedy ostatni widz opuszczał budynek, rozpoczynał własny spektakl dla widowni złożonej ze sprzątaczy, kasjerek i reszty obsługi (podobno szczególnie umiłował sobie imitowanie Marii Callas). Zdarzało mu się również śpiewać w Kleist Casino, dyskotece dla osób homoseksualnych, gdzie znany był już jako Nomi, co należy odszyfrować jako anagram tytułu jego ulubionego magazynu - Omni (poświęconego parapsychologii, science-fiction i fantasy).

 

Do Nowego Jorku przeniósł się w 1972 roku i od razu zaczął pobierać lekcje śpiewu, a na życie zarabiał jako cukiernik w World Trade Center. Ira Siff - jego nauczyciel - odradzał mu ćwiczenie się w falsecie jako zupełnie bezużytecznym i niemodnym sposobie śpiewania. Nomi uparcie rozwijał jednak umiejętność posługiwania się głosem w wysokich rejestrach i nie przejmował się negatywnym opiniami czy pobłażliwym traktowaniem jego "fanaberii". Na pierwszy pozytywny rezultat swojego uporu musiał jednak poczekać jeszcze sześć lat.

Ameryka zauważyła Nomiego w 1978 roku, podczas jego pierwszego wielkiego występu. Brał udział w New Wave Vaudeville - trwającym cztery noce wydarzeniu, podczas którego wykonał arię "Mon cœur s'ouvre à ta voix" z opery Camille'a Saint-Saënsa "Samson i Dalila". Zszokował publiczność czarnym, obcisłym strojem, stroboskopowymi światłami i kłębami dymu, głośną elektroniką i przede wszystkim niespotykaną barwą głosu (występ uwieczniono w dokumentalnym filmie "The Nomi Song" z 2004 roku). W recenzjach wydarzenia zajmował dominującą pozycję, nikt inne przez te cztery wieczory nie zrobił równie piorunującego wrażenia. Określano go mianem robota kabuki o teatralnej gestykulacji i głosie przemieniającym się w jednej sekundzie z sopranu w komendy pruskiego generała.

Natychmiast po zakończeniu New Wave Vaudeville, Nomi otrzymał zaproszenia do współpracy od niemal wszystkich nowojorskich klubów, ale dla jego dalszej kariery kluczowa okazała się znajomość, którą nawiązał właśnie podczas tamtego pamiętnego wieczoru - z Kristianem Hoffmanem, autorem muzyki i klawiszowcem dzisiaj zapomnianego, punkowego zespołu Mumps. Hoffman zawsze sytuował się w opozycji do obowiązujących trendów, pracował także z Lydią Lunch czy Jamesem Chancem i był jedną z prominentnych postaci sceny no wave. To on naprowadził niemieckiego imigranta na drogę, która pozwoliła mu w pełni zrealizować artystyczne wizje, a przy okazji trafiać także w gusta odbiorców o mniej wysublimowanych potrzebach. To on zaproponował nagranie coveru "Lightning Strikes" z repertuaru Lou Christiego i to on jest autorem takich utworów, jak "The Nomi Song", "Total Eclipse" czy "After the Fall".

 

Pod koniec lat 70. Nomi zrezygnował z rockowego zespołu, zamiast niego zapraszał do wspólnych występów artystów parających się innymi dziedzinami sztuki - performera (i najbliższego przyjaciela) Joey'a Ariasa, malarza Jean-Michaela Basquiata, tworzącego się w pop-artowej estetyce Keitha Haringa, kabaretowego wokalistę Johna Sexa oraz malarza Kenny'ego Scharfa. Opowieści o niesamowitym Klausie docierały coraz dalej, aż trafiły do uszu zawsze wrażliwego na nowe trendy Davida Bowiego. Zaprosił Nomiego (a także Joey'a Ariasa) do wspólnego wykonania trzech utworów podczas występu w programie Saturday Night Live w grudniu 1979 roku, a jego blask rozpromieniał podwójnie w towarzystwie bladej, tajemniczej postaci, która zafascynowała widzów. Plastikowy kombinezon, jaki Bowie założył w trakcie wykonywania "The Man Who Sold the World" oczarował natomiast jego nowego towarzysza do tego stopnia, że stworzył własną wersję i uczynił z niej swój znak charakterystyczny. Przestał go zakładać dopiero pod koniec kariery, gdy zmagał się z AIDS i kondycja fizyczna nie pozwalała na przywdziewanie tak wymagającej garderoby. W tamtym okresie częściej można było go zobaczyć w barokowym odzieniu z kryzą wokół szyi.

Po występie w Saturday Night Live, koncerty Nomiego zaczęły się wyprzedawać, a kolejne programy telewizyjne walczyły o jego wizytę. Grywał przed coraz to popularniejszymi zespołami i zdarzyło się nawet, że rozgrzewał publiczność przed Twisted Sisters (gdzie akurat przyjęto go gwizdami i wyzwiskami). Wreszcie zaczęły też spływać oferty ze stron wytwórń, a najkorzystniejsze warunki (jak się wówczas wydawało) zaproponowało RCA Records. Pierwszy album niemieckiego śpiewaka (zatytułowany po prostu "Klaus Nomi") ukazał się w 1981 roku i sprzedawał się... marnie.

 

Szybko okazało się, że Nomi najlepiej odbierany jest na żywo. Bez jego wyglądu i oprawy scenicznej, niewiele osób potrafiło odnaleźć się w tej trudnej, awangardowej muzyce. Mało tego, artysta podpisał kontrakt pod wpływem ekscytacji i szukając jakichkolwiek środków do życia, co szybko odbiło się czkawką. Wytwórnia nakłoniła go do porzucenia dotychczasowego zespołu (składającego się z bliskich przyjaciół) i zatrudnienia profesjonalnych muzyków, w efekcie zabijając spontaniczność i szalony charakter tej muzyki, przemieniając nieokiełznaną, wizjonerską ideę w typową rockową kapelę. W podobne sidła wpadało wielu przed nim i wielu po nim, ale mechanizmy, jakimi kierowały się wytwórnie z początku lat 80. były nieco odmienne od współczesnych - niska sprzedał nie przekreślała potencjału projektu. Ważny był oddźwięk mediów, publiczności koncertowej i środowisk artystycznych. Dzięki temu w 1982 roku ukazał się drugi album - "Simple Man" - do realizacji którego zaproszono Kristiana Hoffmana. Mimo że pominięto jego nazwisko w spisie autorów na pierwszym krążku, zgodził się na podjęcie współpracy po raz drugi. Skomponował lwią część nowego materiału, ale ostatecznie historia powtórzyła się, jego praca nie została doceniona, a konflikt pomiędzy dawnymi przyjaciółmi tlił się aż do momentu, kiedy stało się jasne, że niemiecki wokalista umiera.

W 1982 roku o AIDS trąbiło się na każdym kroku, a konserwatywne środowiska wiązały chorobę wyłącznie z osobami homoseksualnymi (pogardliwie nazywano ją gejowskim rakiem), co było zarazem przyzwoleniem na kolejne fale nienawiści (w 2020 roku to metoda, która wszystkim powinna być doskonale znana). Nomi trafił w tym czasie do szpitala, ale szybko wypisał się na własne żądanie. Osłabiony organizm poddawał się kolejnym dolegliwością, a wkrótce zaatakował go nowotwór - mięsak Kaposiego. Z relacji Ariasa wynika, że z jednej strony Nomiego dobijały kłótnie z managerem (proponującym na przykład pięćset dolarów za pożegnalny koncert), a z drugiej obracał chorobę w żart, wymyślając dla siebie pseudonimy pokroju dotty Nomi (w wyniku mięsaka, jego ciało było pokryte sinymi plamami).

 

W późniejszych wywiadach Arias opowiadał, że rozmawiał z Nomim w nocy z 5 na 6 sierpnia 1983 roku - tematem była przyszłość. Klaus martwił się rosnącą niemocą, a Joey pocieszał go, przekonując, że w najgorszym wypadku czeka go rola Upiora z opery, ale i tak będą dawać niezapomniane występy. Nomi odparł tylko: Być może, ale kilka godzin później zmarł. Nigdy nie zdobył popularności Bowiego czy Popa (z którymi zrównał się po latach, w jednym z odcinków animowanego serialu dla dorosłych "The Venture Bros"), ale nigdy też o nią nie zabiegał. Gdyby tworzył w epoce MTV, być może jego wizerunek przyćmiłby dokonania Mansona czy Lady Gagi i zainspirowałby kolejne pokolenia muzyków, niemniej zdaje się, że najważniejsze było dla niego samospełnienie i nieograniczanie swoich potrzeb artystycznych. Ann Magnuson (osoba, która wciągnęła Klausa do New Wave Vaudeville) celnie ujęła dążenia ówczesnego artystycznego środowiska Nowego Jorku w zdaniu: Wszyscy byliśmy gwiazdami, ale na naszych własnych warunkach.

Deadly Class to cykl tekstów poświęconych twórcom i twórczyniom, których działalność odcisnęła piętno na współczesnej muzyce, ale oni sami odchodzą w niepamięć, a ich muzyki często nie można znaleźć w serwisach streamingowych. Przypominamy o nich, bo nie byłoby współczesności i nie będzie przyszłości, bez prekursorów sprzed lat.

Tekst pierwotnie ukazał się w styczniu 2012 roku na blogu Magnetar Music


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive