10 najlepszych filmów na 60. urodziny Takashiego Miike

Sto dwa filmy w dwadzieścia dziewięć lat (niemal trzy i pół filmu rocznie) - jeden z najbardziej imponujących wyników w historii kina. Nie da się jednak stworzyć tak imponującej filmografii bez choćby jednego potknięcia, a te zdarzały się Takashiemu Miike wcale nie rzadko. Czego natomiast absolutnie przegapić nie wolno? Oto nasze propozycje.

Yakuza: Apokalipsa (Gokudo Daisenso, 2015)
Film sprzed pięciu lat zebrał skrajnie odmienne recenzje, dla jednych jest arcydziełem surrealizmu, dla innych nie ma tak mocnych narkotyków, po których dałoby się te szaleńcze popisy z czystą przyjemnością oglądać. Zaczyna się od wampira-członka yakuzy, który rozprzestrzenia wampiryzm niczym epidemię, ale tylko wśród osób spoza yakuzy, bo ci rzekomo smakują gorzej. Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i zaczyna przypominać tytułowy koniec świata, w jednej z ról pojawia się znany z "The Raid" Yayan Ruhian, ale największym zabijaką jest mężczyzna w przebraniu żaby, który w finale przemienia się w ziejącego ogniem kaiju... Jeżeli macie słabość do absurdu, lepiej trafić nie mogliście.

Big Bang Love, Juvenile A (46-okunen no koi, 2006)
Siedemdziesiąty film Miike (już ta liczba wygląda niedorzecznie...) jest całkowitym przeciwieństwem "Yakuza: Apokalipsa" - mniej tutaj akcji i dziwacznych, niemalże żywcem wyciągniętych z komiksu postaci (do których reżyser ma zresztą słabość, zekranizował wiele mang, chociażby "JoJo's Bizarre Adventure" czy "Miecz Nieśmiertelnego", a także aktorską wersję w Polsce kultowego "Yattamana"), więcej zawiłej fabuły z wątkami prowokującymi do refleksji natury filozoficznej. Nie oznacza to bynajmniej, że przemocy, która jest ulubionym środkiem prowadzenia narracji japońskiego twórcy, wcale tutaj nie ma, niemniej w centrum znajduje się pełna różnorodnych emocji, bliska, homoerotyczna więź dwóch osadzonych ukazana w minimalistycznych, arthouse'owych kadrach.

Izo (2004)
Tytułowego bohatera poznajemy w dniu śmierci, a następnie widzimy jego zmartwychwstanie i podróż przez czas - od tego momentu nie zatrzymuje się ani na chwilę i wycina w pień kolejnych przodków swoich oprawców. Ścieżka, jaką pokonuje Izo jest niesamowita, przez ponad dwie godziny prze naprzód i morduje, a jeżeli to brzmi zbyt przyziemnie, dodajmy jeszcze kilka faktów biograficznych z życia gniewny samuraj: po wskoczeniu do jeziora przenosi się na wesele, gdzie wykańcza parę młodą, a następnie do szkolnej klasy, gdzie przekracza granicę dla Hollywood nieprzekraczalna i zabija dzieciaki; walczy z wampirami; a jeden z jego przeciwników wyciąga miecz ze swojej... ekhm... sempiterny; jakby tego było mało, Izo ma dziwne preferencje seksualne i odbywa stosunek z... Matką Ziemią.

Szczęście rodziny Katakuri (Katakuri-ke no kofuku, 2001)
Kiedy biznes stoi w miejscu, ratunku szuka się z coraz większą desperacją, co w pandemicznych czasach niemal codziennie potwierdzają kolejne przykłady. Rodzina Katakuri i jej pechowy hotel mierzą się z tym prawie każdego dnia, kamuflując kolejne przypadkowe i mniej przypadkowe zgony na terenie ich przybytku, co może nie byłoby aż tak interesujące, gdyby nie szereg piosenek przemieniających czarną komedię w groteskowy musical. Więcej na ten temat możecie dowiedzieć się z naszego podcastu, Nightslime i odcinka poświęconego horrorowi w musicalu.

Visitor Q (Bijita Q, 2001)

Jeżeli mieliście jeszcze wątpliwości, że Miike to jeden z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów w historii kina, już pierwsza scena "Visitor Q" powinna was utwierdzić w tym przekonaniu. Widzimy w niej młodą dziewczynę uwodzącą własnego ojca, który w dodatku całe to zajście filmuje. Zanim jednak zagotuje się w kimś z was krew, warto pamiętać, że podobny temat znalazł się nawet w Biblii (Lot i jego córki), a podejmowanie go nie jest równoznaczne z pochwałą. Całe "Visitor Q" jest natomiast opowieścią o najbardziej dysfunkcyjnej rodzinie, jaką jesteście w stanie sobie wyobrazić, to czarna, często odrażająca i sadystyczna komedia, której realizmu dodają zdjęcia uchwycone za pomocą taniego, domowego sprzętu.

Rainy Dog (Gokudo Kuroshakai, 1997)

W latach 90. na japońskim rynku wideo dominowały niskobudżetowe yakuza eiga, czyli filmy o gangsterach, a Miike zawsze czuł się w tym temacie mocny, czego dowodem jest między innymi trylogia Czarne Towarzystwo, a zwłaszcza jej środkowa część - "Rainy Dog". W tamtym okresie Miike nawet w Japonii nie był jeszcze rozpoznawalną postacią i wciąż trzymał na wodzy swoje fantazje (co miało się zmienić kilka miesięcy później, po premierze "Full Metal Yakuza"), dzięki czemu akurat ten film można śmiało polecić osobom nieszczególnie zainteresowanym "japońskimi szaleństwami", a także tym, które chętnie sięgają po nastrojowe opowieści o mafii, w których obok strzelanin, równie ważne są emocje.

Gra wstępna (Odishon, 1999)

Po międzynarodowym sukcesie "The Ring", studio Omega Project szukało kolejnego wielkiego hitu, a ktoś z jego włodarzy okazał się na tyle odważny, że zadanie to powierzył Takashiemu Miike, który żadnych konwenansów trzymać się nie zamierzał. Polski tytuł oddaje charakter filmu jeszcze lepiej niż oryginalne "Przesłuchanie", bo po względnie spokojnych dziewięćdziesięciu minutach okazuje się, że był to zaledwie wstęp do brutalnego, koszmarnego finału. Dla części publiczności ta gwałtowna transformacja nastroju okazała się trudna do zniesienia, inne osoby (w tym Eli Roth czy siostry Soska) wskazują "Grę wstępną" jako jeden z najważniejszych horrorów w historii kina.

Żywi lub martwi (Dead or Alive: Hanzaisha, 1999)

"Żywi lub martwi" ukazało się ledwie półtora miesiąca po "Grze wstępnej", co pokazuje, że tempo pracy Miike przyćmiewa nawet naszego rodzimego tytana pracy - Patryka Vegę, a w dodatku japoński reżyser zdołał w tak krótkim czasie stworzyć kolejny obraz, który zapewnił mu trwałe miejsce w historii kina. Fabuła jest banalnie prosta - skorumpowany glina sprzymierza się z gangsterem, a w konsekwencji dochodzi do szeregu przekrętów, zdrad i morderstw. Nawet tak nieoryginalny schemat w rękach Takashiego Miike przemienia się jednak w spektakl pełen przemocy, seksu i absurdu. Jeżeli przetrwacie pierwsze dziesięć minut bez zwymiotowania i bez zasłaniania oczu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że "Żywi lub martwi" staną się jednym z waszych filmów wszech czasów.

Fudoh - Nowa generacja (Gokudo sengokushi: Fudo, 1996)
V-Cinema (czyli japońskie filmy kręcone specjalnie na rynek VHS, ale w odróżnieniu od zachodniego odpowiednika, zachowujące wysoką jakość) pozwoliło Takashiemu Miike zaistnieć, stał się wręcz liderem wielu twórców parających się tego rodzaju produkcjami, a "Fudoh" to jeden z jego pierwszy znaczących przebojów, który wśród japońskiej młodzieży z lat 90. cieszył się wręcz statusem obrazu kultowego, w czym poza historią wojny młodocianych gangów, pomogła znakomita, industrialna muzyka Chu Ishikawy, znanego ze ścieżek dźwiękowych do wszystkich części "Tetsuo" czy "Bullet Ballet".

Ichi zabójca (Koroshiya 1, 2001)

Nie ma w bogatym dorobku Miike filmu, który cieszyłby się większą popularnością i którego główny bohater uchodziłby za równie kultowego (wybitna rola Tadanobu Asano). Dodatkową otoczkę budują kontrowersje związane z "Ichim zabójcą", czyli zakaz wyświetlania w niektórych krajach, a w innych wycięcie kilku scen, by mógł zostać pokazany w kinach przynajmniej pełnoletnim widzom. Jeżeli dotąd nie widzieliśmy ani jednego filmu Miike, nie ma lepszego, by rozpocząć zgłębianie jego twórczości. Wszystkie elementy wizji tego szalonego umysłu splatają się tutaj w jednym z najbardziej spektakularnych widowisk niedorzeczności w historii kina.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive