8 tanich filmów z bogatym przesłaniem

Willie Sutton był jednym z najsłynniejszych rabusiów w historii. Kradł przez ponad czterdzieści lat, trzykrotnie uciekł z więzienia, a kiedy w trakcie przesłuchania został zapytany, dlaczego napada na banki, bez namysłu odpowiedział: "Bo tam są pieniądze". Kiedy więc ktoś zastanawia się, po co sięgać po niskobudżetowe horrory albo science-fiction dla opowiedzenia o ważnych społeczno-politycznych kwesiach, można odpowiedzieć analogicznie: "Bo tam są ludzie".

Ludzie są w popkulturze i są to ogromne masy o zróżnicowanych światopoglądach, wierzeniach i wartościach, co oznacza, że istnieje w tej przestrzeni pole do dyskusji, a próby pokazania innej perspektywy nie są z góry spisane na straty i sprowadzone do "nawracania nawróconych", z czym często musi się mierzyć kino artystyczne. Sięgnięcie po klisze popkulturowe i kino gatunkowe ma także tę zaletę, że jest wolne od moralizatorstwa, nie wzbudza odruchowego sprzeciwu (bo przecież nikt nie będzie nam mówił, jak mamy żyć), a tym samym jego skuteczność może być większa. Poniżej znajdziecie osiem filmów, które z dobrodziejstw popkultury skorzystały w pełni, ale tak naprawdę zawierają znacznie ważniejszy przekaz.

 

Człowiek-arbuz (rasizm)
W ostatnim czasie temat rasizmu coraz częściej zostaje podsuwany pod dyskusje pod postacią horroru, zwłaszcza w filmach Jordana Peele - "Uciekaj!", "To my" i najprawdopodobniej tak samo będzie w przypadku produkowanego przez niego remake'u "Candymana". Do tych samych kwestii można jednak podejść także z humorem, a niekwestionowanym mistrzem w tym zakresie jest Melvin Van Peebles, co udowodnił pięćdziesiąt lat temu, kręcąc przedziwną satyrę o białym rasiście, który pewnego dnia budzi się jako osoba czarnoskóra i jego życie wywraca się do góry nogami.

 

Wykorzystano tutaj szereg wciąż obowiązujących stereotypów i wyolbrzymiono do prześmiewczego stopnia. Kiedy główny bohater po "transformacji" wchodzi do sklepu, sprzedawca natychmiast unosi ręce z wyraźnie zarysowanym przerażeniem na twarzy; kiedy jak zawsze pokazuje kolegom, że potrafi prześcignąć autobus, nikt mu nie kibicuje, a policja postanawia zatrzymać go, bo przecież biegający Afroamerykanin musi mieć coś na sumieniu, a w dodatku w wannie czyta książkę zatytułowaną "Voodoo bez zabijania kurczaków" z nadzieją na odzyskanie wcześniejszego koloru skóry, co jest bezpośrednim nawiązaniem do wciąż powracającej kliszy "magical negro". Humor i znakomita muzyka skomponowana i zagrana przez Van Peebles to największe atuty tego niestety wciąż aktualnego filmu, który powinien być wręcz obowiązkowo wyświetlany w każdym liceum na świecie.

Godzilla (zanieczyszczenie środowiska)
Najpopularniejsze kaiju w historii kina to radykalny eko-punk, który nie przebiera w środkach, by oczyścić środowisko naturalne. Godzilla od lat 80. to przede wszystkim efektowne pojedynki z innymi potworami i dewastacja kolejnych japońskich (i amerykańskich) miast, ale w 1954 roku, kiedy Ishiro Honda powołał ją do życia, miała znacznie bardziej symboliczne znaczenie i chociaż na ekranie można zobaczyć człowieka w gumowym przebraniu, wystarczy uświadomić sobie, że mamy do czynienia z filmem nakręconym niespełna dekadę po zrzuceniu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, by atomowego jaszczura z głębin odebrać w kompletnie inny sposób. William Tsutsui, specjalista od kultury Japonii, twierdzi, że Honda przede wszystkim chciał podkreślić, jak wielkim zagrożeniem dla środowiska naturalnego jest woja nuklearna wojna, ale w późniejszych latach Godzilla walczyła również z innymi zagrożeniami, chociażby ze smogiem pod postacią gargantuicznej Hedory.

Plan dziewięć z kosmosu (wojny)
Jeden z najgorszych filmów w historii kina stworzony przez jednego najgorszych reżyserów, Eda Wooda nie zawodzi - to doskonała rozrywka dla każdego, kto uwielbia kino klasy Z. Etykieta, która do niego przylgnęła nie jest jedna sprawiedliwa - to nie jest najgorszy film (daleko mu do wyczynów Patryka Vegi), to jeden z najbardziej niedorzecznych filmów, jakie kiedykolwiek zobaczycie, ale największym szokiem okazuje się końcówka, gdy wychodzi na jaw, że te wszystkie potknięcia, dziwaczne zombie, sypiąca się scenografia i Bela Lugosi w już bardzo słabej kondycji (to jego ostatnia rola) są środkami do przekazania antywojennego przesłania. Oczywiście jest to nieporadne, zakomunikowane w poważnym tonie, ale w skrajnym stopniu zabawne i właśnie dlatego tak bardzo skuteczne, bo przecież każdy wie, że wojna jest zła, a żeby werbalizowanie tego stanowiska nadal miało moc, musi zostać ukazane w oryginalny sposób.

Babadook (depresja)
W jednym z najciekawszych horrorów ostatnich lat na pozór cała fabuła zostaje skonstruowana na prastarym schemacie, ale jeżeli przyjrzeć się relacji nawiedzającego Babadooka i nawiedzanej Amelii, można dostrzec znacznie więcej. Obniżony nastrój, spadek energii, niechęć do podejmowania jakichkolwiek działań, zaburzony sen i zaburzone zwyczaje żywieniowe - te objawy pasują nie tylko do problemów ze zjawą, ale również do problemów z depresją. Dla Amelii ma to związek z uratą męża i samotnym wychowywaniem dziecka, ale można to rozumieć także w bardziej ogólny sposób - jako sygnał, że ignorowanie własnych emocji może doprowadzić do przemienia ich w coś znacznie bardziej przerażającego.

Szybciej koteczku! Zabij! Zabij! (seksizm)
Jeden z ulubionych filmów Quentina Tarantino (bezpośrednia i wyraźna inspiracja dla "Grindhouse: Death Proof") po premierze w 1965 roku nie został przychylnie odebrany przez przedstawicielki drugiej fali feminizmu. Kontrowersyjna była nawet postać reżysera, Russa Meyera, który większość filmów kręcił wyłącznie z pomysłem na pokazywanie kobiecych biustów, a później doklejał do tego jakąkolwiek fabułę. Po latach "Szybciej koteczku! Zabij! Zabij!" zyskało jednak zupełnie inny wymiar, a odgrywająca jedną z głównych ról Tura Satana stała się symbolem feminizmu - i ze względu na wygląd, i ze względu na charakter, który pokazywała zarówno na ekranie, jak i poza nim (chociażby bez wahania odrzucając karesy samego Elvisa Presleya i wychodząc za zupełnie zwykłego funkcjonariusza policji). W niewielu innych filmach z lat 60. zobaczycie kobiety, które palą papierosy, piją alkohol, jeżdżą szybkimi samochodami i obijają gęby oślizgłym facetom. Nawet jeżeli intencje Meyera były zupełnie inne, przypadkiem stworzył obraz, który w każdej scenie krzyczy: Girl power!

Toksyczny mściciel (zanieczyszczenie środowiska)
Proekologiczne przesłanie w filmach studia Troma (nie tylko w "Toksycznym mścicielu", wyraźne chociażby w "Napromieniowanej klasie") jest mniej więcej tak subtelne, jak protesty Greenpeace'u na kominach elektrowni, ale właściwie wszystko, co Lloyd Kaufman firmuje swoim nazwiskiem całkowicie pozbawione jest subtelności - czy to w zakresie hektolitrów rozlanej po odcięciu setek kończyn krwi, czy w zakresie gastrycznego poczucia humoru. Jeżeli jednak spojrzeć na głównego bohatera - Melvina - jak na bliźniego, szybko może się okazać, że po wystawieniu na działanie toksycznych odpadów i przemianie w Mściciela staje się głosem ludu i być może bohaterem, jakiego w 2020 roku potrzebujemy bardziej niż Iron Mana czy Supermana.

Uliczny chłam (kapitalizm)
Od antykapitalistycznych filmów aż się roi w kinie grozy - "Substancja", "Roboty śmierci", trzecia część "Halloween" i co drugi film z zombie - ale "Uliczny chłam" to tytuł wyjątkowy, bo pokazuje, że kapitalizm nie oszczędza nikogo, nawet tych z marginesu społeczeństwa. Historia zaczyna się na Greenpoincie, gdzie pewien sprzedawca odkrywa w piwnicy zgrzewkę przeterminowanych o sześćdziesiąt lat jaboli i postanawia sprzedać je okolicznym bezdomnym. Narodowość owego sprzedawcy nigdy nie zostaje wyjawiona, ale sądząc po lokalizacji i umiejętnościach biznesowych, śmiało można założyć, że mamy do czynienia z naszym rodakiem. Trunek okazuje się zabójczy, doprowadza do rozpadu ciał (i słynnej sceny zabawy w "głupiego Jasia" penisem jednej z ofiar), ale popyt na niego nigdy nie spada.

Cannibal Holocaust (cywilizacja białego człowieka)
"Cannibal Holocaust" (w Polsce znane także jako "Nadzy i rozszarpani") na zawsze pozostanie jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów w historii. Na planie naprawdę zabijano zwierzęta, a ukazanie morderstw ludzi było tak wiarygodne, że reżyser Ruggero Deodato musiał sprowadzić całą obsadę przed oblicze sądu, by udowodnić, że żadna z tych osób nie została w rzeczywistości pozbawiona życia. Sam film nie jest jednak pustą apoteozą przemocy, to alegoryczne ukazanie różnic pomiędzy ludźmi "ucywilizowanymi" i tymi, do których cywilizacja białego człowieka nie dotarła, a także rozważanie, która ze stron jest w korzystniejszej sytuacji.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive