Protomartyr: Napisanie politycznie zaangażowanego utworu nie czyni z ciebie bohatera

Piąty album zespołu z Detroit przez wielu został odebrany niemalże jak proroctwo, ale może to po prostu efekt świetnego zmysłu obserwatorskiego? O tym, a także o nieudanych próbach przełamania ponurego wizerunku, o uchu Van Gogha, wadach radosnych piosenek i także o Donaldzie Trumpie opowiada wokalista, Joe Casey.

Jarosław Kowal: To zaskakujące, że na tak wielu niedawno wydanych albumach można doszukać się niemalże apokaliptycznych wizji przeszłości, choć wiele z nich nagrano jeszcze przed pandemią. "Ultimate Success Today" można nazwać jednym z takich wydawnictw, ale czy to nie jest już frustrujące, kiedy niemal wszystko próbuje się obecnie łączyć z wirusem?

Joe Casey: Czasami jest to naprawdę dziwaczne. Niektórzy pytają, czy nagraliśmy covidowy album, ponieważ w "Processed by the Boys" padają słowa: A foreign disease washed upon the beach, ale odpowiadam, że wcale tak nie jest. Później pojawiły się z kolei pytania o nawiązanie do policji w tym samym tekście i problemów z nadużywaniem władzy, bo nagle zaczęły się w Ameryce marsze przeciwko brutalności mundurowych, więc pomyślałem: Trochę to upiorne, ale tak naprawdę przewidywanie przyszłości to po prostu rozmawianie o teraźniejszości, a później inni odnajdują w utworach dodatkowe znaczenia. Z założenia to miał być po prostu letni album i pewnie gdyby żadna z tych okropnych rzeczy nie wydarzyła się, ludzie mówiliby po prostu: Protomartyr nagrało letni album, szkoda tylko, że jest taki depresyjny [śmiech]. Z początku spodziewałem się właśnie takich reakcji, nie przyszło mi do głowy, że to może być proroczy album.

Dla wielu artystów im trudniejsze jest ich otoczenie, tym bardziej są twórczy, ale większość covidowych singli czy EP-ek brzmi dość płytko. Siedzenie w domu chyba nie jest aż tak inspirujące.
Kilka razy byliśmy zapraszani do występów na żywo w internecie, ale za każdym odmawialiśmy, bo wszystkie brzmią do dupy, a zespoły wyglądają głupio. Z kolei pisanie muzyki na szybko nie jest przez nas praktykowane. Chciałbym, żebyśmy potrafili tak działać, ale mogę mieć jedynie nadzieję, że Greg [Ashee - gitarzysta] nad czymś teraz pracuje, bo jedyne, czym ja się obecnie zajmuję to tycie i oglądanie telewizji. Wydaje mi się też, że jeżeli dzieje się bardzo źle, warto mieć coś, co odciąga uwagę od problemów, coś trywialnego. W takich momentach często myślę, że granie w zespole może być działalnością podnoszącą na duchu. To, że napiszesz politycznie zaangażowany utwór nie czyni z ciebie bohatera, czasami w takich chwilach lepiej rozluźnić atmosferę i nagrać głupią piosenkę o miłości. Z drugiej strony rozumiem wkurzenie, kiedy jakiś zespół gra cukierkowe piosenki, a świat w tym czasie płonie.

 

Artyści często są postrzegani wyłącznie przez pryzmat ich sztuki, ale nie zawsze jest to pełen obraz. Chociażby Jim Morrison nie był aż tak śmiertelnie poważny, jak zazwyczaj jest przedstawiany, a Jim Carrey prywatnie nie jest aż tak bardzo zabawny. Jak to działa w twoim przypadku? Podejrzewam, że wiele osób postrzega cię jako osobę melancholijną i pesymistycznie nastawioną do życia.
Trzeba nauczyć się akceptować ograniczoną perspektywę, z jakiej ludzie mogą na ciebie spojrzeć, bo przecież my patrzymy na innych w taki sam sposób. Przy jednym z albumów - nie pamiętam czy poprzednim, czy jeszcze wcześniejszym - któryś z dziennikarzy usilnie próbował podkreślić, jak bardzo zabawny jestem, ale wtedy pomyślałem, że nie ma niczego bardziej żałosnego, niż udowadnianie światu, że potrafię być śmieszny. Jeśli tak rzeczywiście jest, to niczego więcej nie trzeba dodawać. Zrozumiałem, że moje poczucie humoru nie jest oczywiste, bo uważam, że może nie ma na naszych albumach chwil, kiedy wybuchałoby się śmiechem, ale na pewno jest kilka nie do końca poważnych. Czasami jest to frustrujące, kiedy wydajesz album i wydaje ci się, że jest zniuansowany, ma wiele odcieni, a później czytasz: Protomartyr opublikowało kolejne smutne, depresyjne wydawnictwo pełne mroku. Zastanawiam się wtedy, jak mogło to zostać w ten sposób odebrane? Prędzej czy później jest oczywiście mrocznie, ale to nie wszystko. Nad takimi kwestiami nie da się zapanować i nie oznacza to, że powinno się zaprzestać pokazywania tych wszystkich odcieni. Niektóre zespoły poddają się, decydują się dać publiczności to, czego się domaga, ale czegokolwiek byś nie napisał, ludzie i tak to zredukują do czegoś odpowiadającego ich wizji, taka jest już ludzka natura. Kiedy coś nagrasz i wypuścisz to w świat, przestaje być twoje, należy do ludzi, a ludzie niestety są głupi.

A da się jeszcze pisać dobre, radosne piosenki?
Problem z radosnymi piosenkami jest taki, że zostały trwale połączone z biznesem i reklamami. Każda wesoła piosenka brzmi jak reklama zmywarki albo czegoś takiego. Niedawno oglądałem komedię romantyczną i uświadomiłem sobie, jak trudno jest nakręcić dobry film w tym gatunku. Radośni ludzie na ekranie mogą wydawać się fałszywi, zwłaszcza kiedy nasza codzienność jest zupełnie inna. To może wydawać się sztuczne i tak samo jest z radosnymi piosenkami. Taka na siłę napompowana radość jest zupełnie inna od tej prawdziwej, która według mnie nie jest okazywana z takim rozmachem. Łatwo można napisać kawałek, w którym pada: Come on everybody, let's dance - to dość prosty przekaz i chwytliwy. Jeżeli pada jednak: Come on everybody, let's dance and be happy, wtedy możesz poczuć się wręcz urażony i pomyśleć: Jak śmiesz mówić mi, że mam być szczęśliwy? Z tego samego powodu nie można nagrywać zbyt oczywistych smutnych piosenek. Możesz opowiadać o chorującym psie, ale już o strzelaniu do psa lepiej nie [śmiech].

 

Wspominałeś, że w trakcie pisania tego albumu musiałeś mierzyć się z ogromnym bólem fizycznym, a momentami myślałeś nawet, że umrzesz. Teraz, kiedy wiesz, że ten ból pomógł ci stworzyć "Ultimate Success Today", czujesz, że był czymś potrzebnym?
Na pewno nigdy nie chciałbym być postrzegany jako męczennik własnej sztuki. To jeden z najpowszechniejszych stereotypów - cierpienie za sztukę, ale jeżeli już cierpisz, to równie dobrze możesz to przemienić w sztukę. Myślę, że pomogło mi to przebrnąć przez całą tę sytuacją. Na początku obawiałem się, że ktoś powie: Co za mazgaj, a w dodatku mam świadomość, że starzeję się i jakie są tego konsekwencje, ale kiedy już zaczniesz maniakalnie przeglądać Wikipedię, uświadamiasz sobie, że ludzie umierają cały czas, z wielu różnych powodów. Trzeba się z tym jakoś pogodzić i udało mi się to zrobić po czterdziestce, w okresie, kiedy większość ludzi przechodzi kryzys wieku średniego i uświadamiają sobie, że bliżej im do zakończenia tej historii niż do jej początku. Zrozumiałem, że wszystkie te albumy tak naprawdę związane są z próbą pozostawienia czegoś po sobie. Utwór "My Children" z wcześniejszego krążka bezpośrednio dotyka tej kwestii. To ciekawe, że tworzysz sztukę z myślą, że stanie się ponadczasowa, ale czy faktycznie tak będzie? Na pewno ludzkie ciało takie nie jest. Często mówi się, że miłość trwa wiecznie, ale to też nieprawda - trwa może przez dwa-trzy pokolenia. Moi praprapradziadkowie nie mogli przecież czuć do mnie żadnej miłości, bo umarli jeszcze zanim się urodziłem. To przygnębiające, ale też fascynujące.

No właśnie, czy chęć pozostawienia po sobie śladu zawsze musi być główna motywacją? Może nie ma w tym niczego złego, że nagrasz album, który podoba się tobie, spodoba się kilku fanom i fankom, zagrasz kilka świetnych koncertów, a później zostaniesz zapomniany?

Tak jest i tak pewnie zawsze będzie. Częściej zapominamy o wielkich artystach niż o nich pamiętamy, a to, co pamiętamy często zostaje umniejszone do kilku ciekawostek. Większość osób kiedy usłyszy o Vincencie van Goghu, od razu pomyśli o odciętym uchu. Koleś żył i tworzył przez kilkanaście lat, a wszyscy cały czas rozmawiają o jego uchu. Niektórzy zawsze będą się zamartwiać o swoja spuściznę, ale jeżeli zajmujesz się sztuką, to powinieneś spodziewać się, że zostaniesz zapomniany. Moje ulubione miejsce w Detroit to antykwariat zlokalizowany w dawnej fabryce. To pięciopiętrowy budynek i jest pełen książek, ich ilość jest wręcz niesamowita. Oczywiście ludzie nadal wygrzebią i kupią Agatę Christie, ale setki inny osób piszących kryminały na zawsze zostaną zapomniane, ich książki będą leżeć w takich miejscach latami, czasami zastępowane innymi, dzisiaj współczesnymi, a jutro znowu niedocenianymi pisarzami. To ciągły recykling zapomnianych ludzi.

 

Czasami jakiś utwór zostaje odkryty na nowo po latach dzięki temu, że trafił do filmu albo serialu, albo stał się tłem dla filmiku na TikToku. Gdybyś mógł wytypować jeden z twoich, który pod koniec tego stulecia stałby się popularny, jaki byś wybrał?
Już dawno by mnie nie było, więc nic bym na tym nie zarobił... [śmiech] Mamy taki kawałek - "Why Does It Shake?", dotyczy stopniowego rozpadu ludzkiego ciała, kiedy się starzejemy. Myślę, że dałoby się to zremiksować i zrobić z tego kawałek do tańca. Wystarczy dorzucić bit w refrenie i już mogłoby chwycić.

Jest w twojej muzyce dużo wątków związanych z przemijaniem, ale jesteś też świetnym przykładem na to, że można założyć zespół w późnym wieku, bo zająłeś się tym dopiero po trzydziestce. Protomartyr to faktycznie pierwsza próba czy grałeś już gdzieś wcześniej?

Myślę, że dlatego ten zespół działa, bo nigdy wcześniej nie podejmowałem takich prób. Mam przyjaciół, którzy grali w zespołach, kiedy mieli po dwadzieścia parę lat i byli świetni, ale jednocześnie na zawsze zostali obciążeni przez swoja młodość. Kiedy zaczniesz tak wcześnie, ciążą na tobie te wszystkie złe decyzje związane z wyglądem albo piosenki, w których śpiewasz, że dziewczyny są niemiłe [śmiech]. Ja nigdy przez to nie przechodziłem i chociaż mogę się ośmieszać teraz, przynajmniej nadal będzie to reprezentować moją osobowość. To ciekawe, że kiedy zakładaliśmy ten zespół, miałem wrażenie, że jestem za stary, a byłem w wieku trzydziestu trzech lat, teraz mam czterdzieści trzy i już na pewno jestem za stary i pewnie za kolejne dziesięć lat powiem to samo [śmiech]. To fatalna analogia, ale kiedy w końcu, po tych wszystkich młodzieńczych latach założyłem zespół, czułem się tak, jakby minęło mi przewlekłe zaparcie. Myślę, że nie potoczyłoby się to tak, gdybym zaczął jako dwudziestolatek.

 

A miałeś obawy przed dzieleniem sceny z zespołami, w których graja muzycy młodsi o dziesięć albo więcej lat, ale już znacznie bardziej doświadczeni?
Tak bywało, ale z drugiej strony kiedy jesteś o te dziesięć lat starszy, masz już świadomość, że to, co popularne pojawia się i znika, trudniejsze jest utrzymanie się. Zawsze będą nowe, bardzo popularne zespoły i zawsze dla niektórych osób to one będą najciekawsze. Przetrwanie po przełomowym debiucie jest jednak znacznie większym wyzwaniem i wydaje mi się, że na naszą korzyść działa to, że nigdy nie mieliśmy wielkiego przeboju, a nasz pierwszy album nie ciąży nam jako największy, jaki nagraliśmy. Nie staliśmy się popularni w przeciągu jednej nocy, budowaliśmy pozycję w bardzo wolnym tempie. Jedyne, co mnie czasami frustruje to recenzje, w których jesteśmy porównywani do młodszych zespołów i ktoś sugeruje, że inspirujemy się nimi. Nie chcę wymieniać żadnych nazw, bo może stoją za nimi fajni ludzie, ale to bardzo irytujące, kiedy ktoś porównuje cię do gównianych zespołów.

Młodzi ludzie są dzisiaj mocno zmotywowani, żeby zmienić porządek świata, ale już przecież nie raz widzieliśmy młodych i zmotywowanych, chociażby kiedy zaczął się punk rock. Myślisz, że tym razem może być inaczej?
Czasami podchodzę do tego z większym optymizmem, czasami z pesymizmem. W Ameryce w latach 60. udało się chociażby przepchnąć ustawę umożliwiająca powszechne głosowanie, co wiele zmieniło i pomogło, ale nie ze wszystkim tak było. Kiedy pomyślisz o bandzie hipisów wrzucających kwas na jakimś polu, to wydaje się, że wszystko zmierza w lepszym kierunku, ale niektórzy z nich byli bogatymi dupkami, którzy kiedy tylko przestali być dwudziestolatkami, stali się wyborcami Trumpa. To, że ktoś za młodu działał w słusznej sprawie nie oznacza, że będzie to robił dalej, kiedy dorośnie. Na starość przeważnie nie lubi się zmian, myśli się, że wszystko było lepsze, kiedy było się młodszym, ale rzeczywistość nie zawsze taka jest. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej albo że przynajmniej każdy będzie mógł żyć w spokoju. I w moim kraju, i w twoim kraju są w tej chwili coraz głośniejsze prawicowe nawoływania, ale mam nadzieję, że już dużo bardziej nie urosną.

 

Polska przypomina teraz mikro Amerykę. Nawet kiedy wspomniałeś o dawnych hipisach wspierających Trumpa, od razu pomyślałem o jednym z tutejszych prominentnych polityków, który niegdyś czuł się hipisem, a dzisiaj nie widzi żadnego problemu, kiedy policja tłucze na ulicach osoby LGBT. To dziwne, że mieszkamy tak daleko od siebie, a mamy tak bardzo zbliżone doświadczenia.
Dokładnie. Gdyby Trump był anomalią, po prostu tym dziwacznym dupkiem, którego Amerykanie bezmyślnie wybrali na prezydenta, moglibyśmy pośmiać się, wybrać kogoś innego i żyć dalej, ale wystarczy, że rozejrzysz się dookoła i nagle wychodzi na jaw, że cały świat chętnie wybiera tych samozwańczych dyktatorów, którzy kierują się konserwatywnymi przekonaniami tylko po to, by kontrolować innych. Chociażby w Polsce kiedy atakowane są osoby LGBT, przy okazji tworzy się religijną zasłonę. Tak samo jest w innych miejscach, na przykład Wielka Brytania ma swojego blondwłosego idiotę i czasami trudno uwierzyć, że świat zmierza w tym kierunku.

Na którymkolwiek etapie dziesięcioletniej działalności Protomartyr myślałeś o porzuceniu zespołu?

Nie, nigdy. Jestem jak muł z okładki "Ultimate Success Today" i uparcie trzymam się celu. To różne rzeczy porzucają mnie, a nie na odwrót. Doskonale rozumiem, co sprawia, że zespoły przestają dalej grać. To małe społeczności, w których ważny jest wspólny wysiłek, zbiór kilku różnych osobowości. Mam świadomość, że chłopaki, z którymi zaczynałem lata temu dopiero teraz są w tym wieku, w którym ja byłem wtedy. Widzę, jak zastanawiają się, co dalej z życiem poza zespołem. Ja już postanowiłem, że i tak nie czeka mnie żadna przyszłość, więc równie dobrze mogę być w zespole, ale przed nimi jest jakaś przyszłość. Gdyby jutro powiedzieli, że rezygnują, całkowicie bym to zrozumiał, bo to nie jest łatwe zadanie. Jestem dumny, że udało nam się wytrwać tak długo i mam nadzieję, że potrwa to jeszcze trochę, ale gdyby reszta zrezygnowała, działałbym dalej z jednego powodu - bo niczego innego nie mam [śmiech].

 

fot. Daniel Topete


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive