Power. Naćpani mocą

50%

Jamie Foxx miał być nowym Spawnem w filmie osobiście reżyserowanym przez Todda McFarlane'a, opisywanym przez niego jako swoisty slasher, a nie typowe kino superbohaterskie, ale projekt wciąż zmaga się z brakiem finansowania, więc tymczasem podwójny zdobywca Oscara zagrał innego herosa - Arta - i okazał się równie nijaki, jak to imię, jak tytuł "Power" i jak kolejny sztampowy film akcji Netflixa.

Henry Joost i Ariel Schulman to reżyserski duet, który idealnie pasuje do standardu "filmu klasy N" - za każdym razem wychodzą od interesującego pomysłu, udaje im się zabrać niezłą obsadę, w pierwszych minutach intrygują, ale im dalej, tym coraz szybciej pięknie przyozdabiana skorupa kruszy się, odsłaniając puste wnętrze. Tak było przy internetowej grze w prawdę i wyzwanie ze świetną rolą Emmy Roberts w "Nerve", tak było w epidemicznym "Viral" i tak jest również w "Power".

 

Fabułę można streścić w jednym zdaniu - na ulice Nowego Orleanu trafia narkotyk, którego działanie wyzwala tymczasowe, losowo wybrane supermoce, a troje śmiałków próbuje wyeliminować handlarzy. Nic nowego, więc dorzucono jeszcze antynarkotykowe przesłanie, wątek emocjonalnej więzi rodzicielskiej czy przypomnienie, że był taki czas, kiedy prowadzono w Stanach Zjednoczonych badania farmaceutyczne na osobach czarnoskórych. Każdy z tych dodatków jest odpowiednio spłaszczony, by nie zakłócać odbioru prostej i częściowo spełniającej swoje zadanie rozrywki, co może zadowalać, o ile z sentymentem wspominacie takie filmy, jak "Mroczny anioł", "Ślepa furia" czy "Kod milczenia", czyli proste, schematyczne i całkiem przyjemne kino sensacyjne z końcówki minionego stulecia.

Dowodów na potwierdzenie tej tezy można znaleźć przez niespełna dwie godziny mnóstwo - chociażby tak niedorzeczne pomysły, jak przechowywanie istotnych dla śledztwa informacji w czapeczce z daszkiem, wyciąganie kuli i zszywanie ludzkich ran przez weterynarza czy klasyczny, szalony czarny charakter ze słabością do długich, płomiennych przemów. To klisze głęboko zakorzenione w niskobudżetowych "akcyjniakach", a różnica jest taka, że "Power" kosztował ponad osiemdziesiąt pięć milionów dolarów, jest świetnie nakręcone, wykorzystuje drogie efekty specjalne, a stawki Foxxa i Josepha Gordona-Levitta na pewno były znacznie wyższe niż te Dolpha Lundgrena albo Rutgera Hauera, nawet w najlepszych momentach ich karier.

 

Ta dychotomia nie jest nowa. "The Old Guard", "Śledztwo Spensera", "6 Underground" i wiele innych powstało na dokładnie takim samym szkielecie i właściwie za każdym razem można do nich dopasować tę samą recenzję - jest odtwórczo, ale zjadliwie, to "kino" kanapowe niewymagające skupienia, ale podrasowane przez jednego-dwóch aktorów z najwyższej półki, nie nudzi, ale nie pozostawia też żadnych doznań, które wracałyby do widza po zakończeniu seansu. Z jednej strony trudno zrozumieć, dlaczego produkcje Netflixa tak często okazują się wtórne i niewarte zapamiętania (choć zdarzają się wyjątki, na przykład "Tyler Rake"), z drugiej zdają się być spadkobiercami specyficznego uroku, jakie skrywały najniższe rzędy regałów w wypożyczalniach kaset wideo i nawet jeżeli nie chce się tego wypowiedzieć na głos, to jest w tym coś pociągającego. Rozsądek nie pozwala ocenić "Power" i wielu jemu podobnych produkcji streamingowego tytana wysoko, ale jeżeli szukacie krótkiej wycieczki poza rzeczywistość bez głębokiego zaangażowania, to trafiliście idealnie.


Power
Tytuł oryginalny: Project Power
USA, 2020
Netflix
Reżyseria: Henry Joost, Ariel Schulman
Obsada: Jamie Foxx, Joseph Gordon-Levitt, Dominique Fishback



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive