Alfie Templeman: W zeszłym roku napisałem pięćset piosenek

Po wydaniu debiutanckiego krążka pod koniec ubiegłego roku, Alfie Templeman nie zamierzał długo zwlekać z udostępnieniem kolejnego wydawnictwa. EP-ka "Happiness in Liquid Form" z lipca jest o wiele bardziej taneczna i kolorowa, a przy tym brzmi mocniej i jaśniej. Templeman zdążył przekonać do siebie brytyjską publiczność, czyżby przyszedł czas na pozostałe kraje?

Barbara Skrodzka: W listopadzie wydałeś debiutancki album, "Don't Go Wasting Time", który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. To nie lada osiągnięcie, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę twój wiek - miałeś wtedy szesnaście lat.

Alfie Templeman: "Don't Go Wasting Time" składa się z siedmiu piosenek, więc jest czymś pomiędzy EP-ką a albumem. Ta krótka płyta, liczy nieco ponad dwadzieścia minut i dla wielu osób jest to przyczyną sporów [śmiech]. Dla mnie jest to minialbum i zdobyłem dzięki niemu wielu fanów. Ludzie potrzebują nowej muzyki, dlatego w lipcu tego roku ukazała się także EP-ka.

Zacząłeś tworzyć w wieku trzynastu lat. Nie boisz się, że możesz równie szybko wypalić się, jeśli będziesz wydawał tak dużo w tak krótkim okresie?

Im więcej muzyki, tym lepiej. Nie chcę wydawać jednej płyty co kilka lat, wolę rozłożyć to na krótsze okresy i nieco mniejsze formy. Mam obsesję na punkcie robienia muzyki, a nowe piosenki powstają bardzo szybko. W zeszłym roku napisałem pięćset piosenek.

 

Pięćset?! To bardzo dużo! Skąd znajdujesz na nie pomysły i tematy?

Chyba mam do tego dar, przychodzi mi to naturalnie. Większość z tych piosenek ma zbliżone znaczenie. Nie piszę z własnego doświadczenia, raczej na podstawie zdarzeń i obserwacji tego, co widzę w telewizji, w internecie lub w innych mediach. Moimi fanami są młodzi ludzie w wieku od piętnastu do trzydziestu lat, a dzięki temu, że różnica w wieku pomiędzy mną a publicznością nie jest duża, mogę mówić w imieniu wielu osób.

 

Wzrost rozpoznawalności i występowanie na większych scenach coś w tobie zmieniły?

Wcale. Dla mnie wszyscy są tak samo ważni, a to, na jakiej znajduję się scenie nie ma żadnego znaczenia. Na pewno nie czuję się ważniejszy od osób, które przyszły na mój koncert, podobnie jak one, jestem tylko człowiekiem. Wszyscy jesteśmy tacy sami i każdy z nas wierzy w to, w co chce wierzyć. Nie zmuszam nikogo do słuchania mojej muzyki, ale jeśli komuś się podoba, zawsze może dołączyć, każdy jest mile widziany. Liczy się to, że jesteśmy razem.

Wyszedłeś z własnej sypialni i zacząłeś grać przed tłumami ludzi, czujesz się z tym komfortowo?

Wydaje mi się, że w kontaktach z publicznością jestem dość naturalny, ale przed koncertem mam tremę - jestem najbardziej nerwową osobą w zespole. Nigdy nie mam wystarczająco dużo czasu, by właściwie przygotować się do wyjścia na scenę i nie sądzę, żebym kiedykolwiek ten czas znalazł. Nigdy też nie brałem żadnych lekcji, które nauczyłyby mnie tego, jak zachowywać się podczas występów. Po prostu wychodzę, przedstawiam się i gram kilka piosenek z nadzieją, że komuś się spodobają. Tak samo jest z nagrywaniem muzyki - pokazuję nowe piosenki rodzicom od razu po ich napisaniu. Cieszę się, kiedy przypadają im do gustu, a jeżeli nie, to nie ma to znaczenia, bo przecież każdy może wyrazić swoją opinię.

 

Masz siedemnaście lat - co dalej?

Skończyłem niedawno szkołę, mam teraz dużo czasu, żeby nagrywać muzykę. Muzyka jest dla mnie jak nałóg, z tą różnicą, że nie niesie za sobą zagrożenia dla zdrowia. Wręcz przeciwnie, przynosi korzyści. Cieszę się, że tak wielu ludziom podoba się to, co robię. Dzięki temu, że słucham wielu różnych artystów każda piosenka na moim albumie jest inna. Chciałbym, cały czas się zmieniać i tworzyć różnorodną muzykę.

 

Występujesz z zespołem, musisz myśleć o kolejnych krokach z wyprzedzeniem, planować swoje działania... Doszło wiele nowych obowiązków, od kiedy ruszyłeś całą tę machinę. Czujesz rosnącą presję?

Młodzi artyści faktycznie mogą czuć na sobie dużą odpowiedzialność, ale w tym momencie - ponieważ jestem młody i kocham to, co robię - całe to napięcie dodatkowo mnie uskrzydla. Mam siedemnaście lat i wydaje mi się, że ludzie jeszcze nie traktują mnie jak osobę dorosłą, ale jako kogoś, kto się uczy i próbuje różnych rzeczy, dlatego dużo mi odpuszczają. Większość artystów po rozpoczęciu kariery spotyka się z krytycyzmem. W moim przypadku nie jest jeszcze tak źle, ale zaczyna się to pomału zmieniać. Jestem na to przygotowany, dlatego nie czuję presji, cieszę się z tego, gdzie jestem. Poza tym mam świetną wytwórnię, która nie pogania mnie, kiedy piszę muzykę.

Co robisz, żeby się zresetować?

Gram w gry komputerowe. Uwielbiam Minecrafta. To najlepsza z gier!

 

Myślisz, że zająłbyś się muzyką, gdyby nie twoi rodzice?

Rodzice zdecydowanie bardzo mi pomogli, zaszczepiając we mnie miłość do muzyki. Moja mama od dziecka zachęcała mnie do śpiewania, za co jestem jej bardzo wdzięczny.

 

Jak doszło do tego, że twój tata został twoim tour managerem?

Mój główny manager powiedział mu, że skoro jest moim ojcem, to też najlepszą osobą do tego, by się mną zaopiekować podczas tras koncertowych. Dzięki temu rodzice są pewni, że wszystko jest u mnie w porządku. Najlepszą rzeczą na świecie jest możliwość pracowania z rodzicami jako managerami, bo zawsze będą cię bronić i zawsze będą dbać o to, żeby niczego ci nie zabrakło. Rodzice zawsze chcą wszystkiego, co najlepsze dla swojego dziecka.

 

Z kim chciałbyś pojechać w trasę koncertową?

Z Tame Impala.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive