Billy Nomates - "Billy Nomates"

89%

W najciekawszym brytyjskim punk rocku z ostatnich lat nie ma gitar i nie ma perkusji, nie ma nawet wściekłych krzyków, a zamiast nich jest coś pomiędzy rapem a śpiewomową. To punk w większym stopniu oparty o laptopy niż o rock, ale niezmienne pozostają minimalizm, gniew i komentowanie rzeczywistości zarówno przez pryzmat osobistych doświadczeń, jak i z perspektywy globalnej, z wysoko uniesionym środkowym palcem.

Wystarczy wymienić Sleaford ModsKae Tempest (do niedawna Kate Tempest), do których Tor Maries (vel Billy Nomates) często jest zresztą przyrównywana, ale w rozmowie z naszym portalem (całość znajdziecie TUTAJ) wskazała również na inne skojarzenie - Madonnę. Po dwóch pierwszych singlach mogłoby się wydawać, że jest to zestawienie co najmniej na wyrost, zwłaszcza jeżeli Królową Popu kojarzycie wyłącznie z twórczości z tego stulecia. Warto jednak przypomnieć, że jej debiut z 1983 roku został opisany przez magazyn Slant jako post-punk dance i w tym zakresie faktycznie da się znaleźć punkty wspólne.

 

Dobry przykład to utwór "Mudslinger", utrzymany w średnim tempie, z wieloma powtórzeniami w tekście, wpadającym w ucho bitem, odgłosami przypominającymi klaśnięcia i wyrazistymi partiami syntezatorowymi. Z podobnych składników skonstruowano "Lucky Star" Madonny, choć rezultat jest - rzecz jasna - znacznie bardziej przebojowy. Nomates nie boi się jednak ładnych melodii - czasami skłania się ku popowi w łagodnej, ocierającej się o balladę formie ("Modern Hart"), kiedy indziej wyraźnie zamierza poderwać słuchaczy i słuchaczki z miejsc ("Hippy Elite"), co odróżnia ją od szorstkiej twórczości Sleaford Mods i Kae Tempest.

 

A skoro Mods zostali już dwukrotnie przywołani, to należałoby wspomnieć, że Jason Williamson dograł zwrotkę do jednego z utworów Nomates, choć wolałbym tego nie robić, bo jest to najsłabszy moment albumu, dobitnie pokazujący, że chociaż kojarzenie ze sobą tych dwóch projektów odbywa się niemalże bezwiednie, dzieli je więcej niż mogłoby się wydawać. "Supermarket Sweep" od pozostałych dziesięciu kawałków słabszy jest tylko o te kilka zdań wypowiedzianych przez Williamsona, a szkoda, bo to wyjątkowo ponury moment albumu (choć okraszony chwytliwym refrenem) i gdyby nie całkowicie wyrwany z kontekstu akustycznego gościnny występ, jego moc byłaby większa.

 

Nomates wciela się tutaj w jedną ze swoich ulubionych ról - narratorkę snującą symboliczne historie. Słowa w jej twórczości są kluczowym elementem - nie dość, że głos zawsze zajmuje miejsce na pierwszym planie, to jeszcze artykułuje kolejne wersy tak wyraźnie i tak niespiesznie, jakby prowadziła szkółkę językową. Szukanie tekstów w internecie jest zbyteczne, słychać dokładnie wszystko... I wtedy wchodzi Williamson. Trzeba mu oddać, że wzbija się na wyżyny, by osiągnąć zbliżony rezultat, ale jego dialekt z East Midlands ma immanentną ostrość, która lepiej sprawdza się po wyeksponowaniu, a nie w utemperowanym wydaniu.

 

To drobne potknięcie nie może jednak przysłonić porażającej siły debiutu Nomates, która za pomocą skromnych środków i celnych spostrzeżeń dotyczących realiów życia w 2020 roku namawia może nie tyle do wyjścia na ulicę ze sztandarem, co do zauważania, wskazywania i nagłaśniania. W stylizowanym na nieudolny southern rock "Fat White Man" obrywa się bogatym elitom, ale ten cięty język nikogo nie szczędzi i na przykład w "Hippy Elite" pada: Któregoś dnia wróciłam do domu na rowerze, bo ta planeta jest naszą jedyną, ale nikt tego nie widział i czułam się z tym źle, co można odczytać jako wytykanie palcem tych aktywistów, którzy niekoniecznie kierują się przekonaniami ideologicznymi (albo nie stawiają ich na pierwszym miejscu), a bardziej zależy im na poklasku w mediach społecznościowych. Nomates śpiewa też o zapomnianych normalnych ludziach, czyli zanikającej klasie średniej i coraz wyraźniejszym podziale na bogatych i biednych ("FNP"); o tym, że rezygnuje z przyszłości i zamierza żyć w przeszłości, choć tak naprawdę namawia do odwrotnego postępowania ("Happy Misery"), o nienawiści do swojej pracy ("Call in Sick"), a także o tym, że nie ma lepszego sposobu na odmawianie niż prost nie i wcale nie trzeba się tłumaczyć ("No").

 

Zakres tematów i poruszanie ich w formie krótkich opowiadań, a nie moralizatorstwa czy odezwy do boju, wyznawanie zasady "mniej znaczy więcej" (w czym wsparcia udzielił producent, Geoff Barrow z Portishead), lekkość zwrotek, przebojowość refrenów - trudno się w tym albumie nie zakochać i chociaż o debiutach roku najbezpieczniej pisać w styczniu, kandydatura Billy Nomates jest wyjątkowo mocna, a w dodatku trudno nie odnieść wrażenia, że to dopiero wstęp do jeszcze większych dokonań.


Invada/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive