Danny Violet: Wszystkie moje piosenki mają podwójną tożsamość

"Animate Me" to debiutancki singiel brytyjskiego muzyka kryjącego się pod pseudonimem Danny Violet. Mroczny, futurystyczny utwór uzależnia od pierwszych dźwięków, wywołując lekki niepokój, ale także chęć zagłębienia się w fantastyczną, gęstą rzeczywistość kreowaną przez artystę.

Barbara Skrodzka: Jak narodził się projekt, w którym występujesz jako Danny Violet?

Daniel Egdell: Kiedy zaczęła się kwarantanna, nagle w moim życiu pojawiło się znacznie więcej wolnego czasu. Pomyślałem, że dobrze byłoby ten okres wykorzystać i zacząć realizować pomysły, które krążyły w mojej głowie. Zdecydowałem się na rozpoczęcie solowego projektu pod nazwą Danny Violet, w którym mógłbym być tak dziwny i niestandardowy, jak tylko miałbym ochotę. Tydzień po wprowadzeniu w Anglii kwarantanny zacząłem pisać. "Animate Me" powstało dość szybko, bo w przeciągu dwóch tygodni i było powodem, dla którego stworzyłem Danny Violet. Można go uznać za katalizator wszystkiego, co wydarzyło się później.

 

Nie myślałeś o solowym projekcie zanim zaczęła się kwarantanna?

Miałem to gdzieś z tyłu głowy, ale nie myślałem, że znajdę czas na zrealizowanie tego pomysłu. Przy normalnym trybie życia nie było to możliwe. Jestem zaangażowany także w inny projekt, który pochłania dużo energii, pracuję również na pełen etat przy montażu dźwięku i jako producent muzyczny, mój grafik był całkowicie zapełniony. Dodatkowy czas wolny dobrze wpłynął na moją kreatywność, spowodował, że wydałem piosenkę oraz zacząłem pisać kolejne.

Dlaczego Violet?

Chciałbym, żeby istniał jakiś powód lub ciekawa historia, ale niestety nic konkretnego za tym nie stoi [śmiech]. Na początku planowałem wybrać jakąś tradycyjną, typową dla zespołu nazwę, ale zdałem sobie sprawę, że jeśli ma to być mój własny projekt, to chciałbym w jakiś sposób zawrzeć w nim moje prawdziwe imię. Jestem wielkim fanem Boba Dylana i Davida Bowiego, obydwaj nadali swoim prawdziwym imionom dodatkowy wymiar. Stworzyli pseudonimy sceniczne, które kojarzyły się z nimi jako osobami, choć w rzeczywistości nazywali się inaczej. Ja nazywam się Daniel Edgell, tak więc, Danny jest moim imieniem, a Violet brzmiało świetnie kiedy wypowiedziałem je na głos. Podoba mi się kolor w nazwie, znacznie ułatwia planowanie wszelkich działań wizualnych i marketingowych bezpośrednio związanych z muzyką. Wszystko, co opublikowałem zachowuje odcień fioletu. Prywatnie też lubię fiolet [śmiech].

 

Myślisz, że Danny Violet będzie projektem długodystansowym?

Tak sądzę, napisałem kilka piosenek, które chciałbym pokazać światu. Trzy utwory są już niemalże gotowe. Jedyne, co muszę jeszcze zrobić to zaplanować, kiedy podzielę się nimi z publicznością.

 

W jaki kierunku pójdzie twoja muzyka?

Wszystko, nad czym pracowałem w trakcie kwarantanny ma podwójną tożsamość, wszystko było nagrywane w tym samym miejscu, instrumentarium jest podobne, ale pojawia się sporo elektroniki. Kompozycje są dość mroczne i tajemnicze, te cechy oraz dość niespodziewane zmiany tempa zawsze towarzyszyły mojej twórczości. "Animate Me" składa się z dwóch części - pierwsza zaczyna się od zwrotki i refrenu, druga jest kompletnie inna, bardziej elektroniczna, a słowa są raczej mówione.

Odnajdujesz siebie w tej muzyce?

W pewnym sensie. Wiele rzeczy, o których piszę i śpiewam odnosi się do technologii i tego, jak bardzo każdy z nas jest uzależniony od Instagrama, Facebooka, Twittera albo wszystkich tych portali społecznościowych na raz. Opowiada o tym utwór "Animate Me", ale w pozostałych piosenkach też przewija się temat technologii, social mediów i wirtualnych "kabin pogłosowych". Stałem się bardziej świadomy tych rzeczy. Paradoks polega na tym, że od momentu wydania "Animate Me" spędzam jeszcze więcej czasu z telefonem w ręku - piszę posty, odpisuję na wiadomości, sprawdzam...

 

Kiedy planujesz podzielić się kolejnymi piosenkami?

Planowałem napisanie EP-ki, ale jeszcze nie ukończyłem wszystkiego. Prawdopodobnie ukaże się jeszcze jeden singiel, a EP-kę chciałbym wydać pod koniec lata.

 

W zespole Polo grasz na perkusji. W ubiegłym roku wystąpiliście w Białymstoku na festiwalu Dni Sztuki Współczesnej. Dobrze wspominasz tę wizytę?

Uwielbiam Polskę, a w Białymstoku spędziliśmy jeden z naszych najlepszych momentów jako zespół. Spotkałem tam wiele wspaniałych osób, jedzenie jest świetne, publiczność otwarta, wszyscy lubią muzykę elektroniczną, a pogoda jest lepsza niż w Anglii. To piękne miejsce. Byłem bardzo zaskoczony tym, jak bardzo ludzie kochają muzykę.

Podobno pracujecie z Polo nad albumem?

To prawda, okres zamknięcia był dla nas dość pracowity. Dzięki temu, że mieszkam razem z Lukiem Lountem, który też jest członkiem Polo, większość wolnego czasu poświęcaliśmy na pisanie nowych utworów. Album nie jest jeszcze skończony, ale mamy sporo piosenek w formie demówek, więc wszystko powoli zaczyna nabierać kształtu. Płytę planujemy wydać w przyszłym roku. W tym momencie mamy około trzydzieści-czterdzieści procent materiału.

 

Czego obecnie brakuje ci najbardziej?

Chciałbym znowu grać koncerty, to coś, za czym tęsknię najbardziej. Zdecydowanie chciałbym znowu zagrać w Polsce. Za każdym razem kiedy występujemy poza Wielką Brytanią, odbiór naszej muzyki jest bardzo dobry, dlatego zdecydowanie weźmiemy to pod uwagę, planując nasze występy, kiedy koronawirus wreszcie ustanie. W czasie zamknięcia graliśmy koncerty online, ale przez to, że sale prób zawiesiły działalność, przygotowanie się do takiego występu nie należało do łatwych. W Anglii dopiero teraz znoszone są obostrzenia, ale wszystko wskazuje na to, że kluby jeszcze długo nie będą otwarte. Ludzie wydają się tęsknić za chodzeniem na koncerty, dlatego będę starał się grać dla nich online. Lepsze to niż nic.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive