Jonathan Bree - "After The Curtains Close"

90%

W 2018 roku Jonathan Bree wystąpił na Soundrive Festival dwukrotnie - bez maski, w towarzystwie Princess Chelsea i zamaskowany, z własnym projektem (swoją drogą, także z Chelsea na scenie, ale również przemienioną w "eleganckiego manekina"). Drugi z tych koncertów, przypominający niemalże spektakl, był jednym z najlepszych momentów w historii festiwalu, ale czy ta muzyka może się obronić bez wzmocnienia wizualnymi bodźcami?

Na wydanym dwa lata temu "Sleepwalking" nowozelandzki muzyk naniósł na naszkicowane na dwóch wcześniejszych wydawnictwach brzmienie grube warstwy barw, tworząc niemalże wypływający z głośników impast, który definiował jego nastrojowy, taneczny styl. Jedyne, do czego można było się przyczepić to oszczędność w doborze kolorów, stworzenie obrazu pięknego, ale także monotonnego, a przede wszystkim niepozostawiającego złudzeń, że jeżeli obok powiesi się drugi podobny, zamiast odrębnych dzieł, będą przypominać zupełnie obojętną tapetę.

 

Bree najwyraźniej miał świadomość stojącego przed nim wyzwania - z jednej strony zdołał wykreować unikalną estetykę, z drugiej nie mógł dać się jej pożreć. W otwierającym album "Happy Daze" można jednak odnieść wrażenie, że rezultat zmagań z wyrazistą tożsamością artystyczną nie będzie udany. Słabość do tandetnych, orkiestralnych teł tym razem nie przybiera formy gustownie manipulowanego kiczu, a raczej kabotyńskich fajerwerków, a co gorsze, charakterystyczny, barytonowy głos sięga do wyższych rejestrów i szuka bardziej melodyjnej drogi. Patetyczny finał utworu to najsłabszy moment na "After The Curtains Close", ale na szczęście dalej jest już znacznie ciekawiej.

 

"Heavenly Vision" to wysmakowany powrót do nastroju poprzedniego krążka, ale już mocny bit perkusyjny na początku "Waiting on the Moment", a chwilę później dołączająca do niego wyrazista linia basu zwiastują pogłębiające się wraz z upływem kolejnych minut zmiany. Najbardziej reprezentatywny dla Jonathana Bree z 2020 roku zdaje się utwór "Until We're Done", z wiolonczelą i skrzypcami osadzonymi na odpowiednio odległym tle, hałaśliwym i pędzącym w tempie nieadekwatnym do delikatnej melorecytacji werblem, shoegaze'owym szumem oaz odrobinę radośniejszym nastrojem.

 

Inne zaskoczenia to skomponowane niemalże na zasadzie operetki "Meadows in Bloom" z gościnnym udziałem Britty Phillips z dzisiaj zapomnianych (aktywnych w latach 90.) The Belltower i Ultrababyfat; ponure, za sprawą osobliwie kontrastującego basu momentami wręcz groteskowe "Children" albo przygnębiające brzmienie melodyki na początku wieńczącego album, naznaczonego gorzkim optymizmem (wielokrotnie pada tutaj: She's still out there) utworu tytułowego. Większe wrażenie od pojedynczych, świeżych pomysłów robi jednak całościowe spojrzenie na nowe utwory, w których Bree pokazuje się jako nieprzeciętnie sprawny kompozytor. Wystrzega się zarówno banału, jak i nadmiernego skomplikowania piosenek, które są wystarczająco interesujące, by zadowolić wymagających słuchaczy, a przy okazji na tyle chwytliwe, że wpadną w ucho każdemu, kto w choćby minimalnym stopniu interesuje się popem spoza mainstreamu (a zwłaszcza jeśli bliskie są wam francuskie erotyki spod znaku Serge'a Gainsbourga).

 

Bree z "After The Curtains Close" nie jest diametralnie inny od Bree ze "Sleepwalking", ale na czwartym albumie brzmi odważniej i bardziej różnorodnie. Jest w nim coś z Nicka Cave'a czy Davida Bowiego, instynkt poszukiwacza, talent do pięknych melodii, ale brakuje jeszcze jednego - porównywalnej rozpoznawalności, a sądzę, że w pełni na nią zasługuje.


Lil' Chief/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive