Relacja z Soundrive Fest 2015

Wiem, co sobie myślicie - „relacja z festiwalu Soundrive na Soundrive.pl? Na pewno będzie bardzo rzeczowa...”.

Klnę się jednak na swoją kolekcję winyli, że nikt mi nie zaproponował ani wspólnego tańca z Polą Rise, ani przepoconej koszulki Rush wokalisty The Wytches (a wziąłbym!) w zamian za napisanie panegiryku. Zresztą mam wrażenie, że na tej imprezie nie chodzi o to, żeby chwalić, raczej o to, żeby wyrabiać słuch, gust i opinię.

Pod koniec drugiego dnia festiwalu wpadł mi do głowy pomysł na jego nową nazwę - It's Our First Time In Poland Fest. Żadne inne zdanie nie padało ze sceny tak często i faktycznie większość zespołów w programie miała pierwszą okazję w życiu, żeby spróbować prawdziwego bigosu czy zapiekanki. Taka formuła staje się niestety coraz rzadsza, a Jack White prawdopodobnie wpada do Flauty przy skwerze Kościuszki jak do siebie. Soundrive nie staje do wyścigu o medialnie nośnego headlinera, Soundrive uczestniczy w kreowaniu nowych headlinerów. Tu nie ma znaczenia bicie rekordów frekwencyjnych, dokładanie kolejnych scen czy wprowadzania żetonowej waluty, liczy się tylko muzyka.

Występy podczas czwartej edycji festiwalu Soundrive podzieliłem na kategorie gatunkowe, aczkolwiek jest to mocno naciągany podział, więc jeżeli chcecie się kłócić, że Temples to rock psychodeliczny, a nie garażowy, bez żalu oddaję wam rację. Do pierwszej grupy powołuję tylko dwóch wykonawców - Glass Animals oraz Thomston i nadaję im miano undergroundowych boysbandów. Te fryzury, baseballowy t-shirt albo biały t-shirt włożony w jasne jeansy - miałem kiedyś plakaty z Bravo z identycznymi kolesiami. Gdyby rozbić Backstreet Boys na solowe projekty i każdemu z wokalistów przydzielić utalentowanych producentów oraz muzyków, to dostalibyśmy właśnie coś na kształt Glass Animals i Thomston. Przyrównanie do ekipy, która w ciągu czterech minut potrafi ze trzydzieści razy zaśpiewać: „Get down” na pewno nikomu nie wyda się komplementem, ale właśnie nim jest. Skoro istnieje post-rock, istnieje post-metal, to czemu nie post-pop? Nie miałbym nic przeciwko, gdyby to właśnie taka muzyka zdominowała media zamiast podrasowanych wokalów i basów, od których byle „jamnik” pani z urzędu (czy innego stereotypowego odbiorcy radia) dławi się dźwiękami. Wprawdzie odczuwałem drobny dyskomfort, kiedy żeńska część widowni zdzierała gardła przy pierwszych nutach „Black Mambo” czy „Gooey”, a po mnie przebiegały dreszcze i zachęcały do dołączenia się, ale najwyraźniej w tej muzyce drzemie siła zdolna do poruszenia nawet najbardziej oziębłego barbarzyńcy.

Do drugiej kategorii wpycham wszystko to, gdzie dominował laptop, mimo że jest to zakres bardzo obszerny. Z jednej strony popowe piosenki East India Youth, z drugiej amalgamat potężnego basu i delikatnych partii klawiszowych (a nawet fletowych) u Hundred Waters, z jeszcze innej stare, dobre techno w wykonaniu MIN t. Te trzy nazwy pojawiają się nieprzypadkowo - stoją za nimi jedni z najciekawszych artystów w składzie festiwalu. Na East India Youth natrafiłem chwilę przed wydaniem jego studyjnego debiutu i chociaż obiektywny podszept sączył mi do ucha: „Już to wszystko gdzieś słyszałeś”, subiektywny okrzyk zachwytu skutecznie go zagłuszał. Dzięki koncertowi na reszcie wiem dlaczego - William Doyle nie jest aż tak grzecznym chłopcem, na jakiego kreuje się w domowym studiu. Wystarczy wpuścić go między ludzi, a nagle zaczyna szaleć z gitarą w dłoniach, w całkowitym amoku, nie bacząc nawet na to, że właśnie strąca gryfem swój własny ekwipunek. Jego występ był kompletnym zaprzeczeniem typowego elektronicznego setu, na którym bliska relacja wytwarza się jedynie pomiędzy muzykiem a ekranem komputera, z pominięciem publiczności.

Mam swoje ulubione biurko, laptopa z zewnętrznym monitorem, kilka playlist na różne okazje i choćby wydawca proponował mi wakacje w San Francisco w ramach premii, to nie potrafię napisać tekstu w innych warunkach, a podejrzewam, że odegranie koncertu na nieswoim ekwipunku jest bez porównania trudniejsze. Przed takim wyzwaniem stanął zespół Hundred Waters, którego bagaż częściowo zaginął pomiędzy Los Angeles a Gdańskiem. Bez moich niezbędnych atrybutów pewnie bełkotałbym o „rockowym pazurze” The Wytches, a może nawet pokusiłbym się o użycie słowa „pasaże”... Nicole Miglis wraz z ekipą wybrnęli z trudnej sytuacji w znacznie lepszym stylu, bez najmniejszych strat po stronie odbiorców koncertu. Jeżeli napiszę wam, że zaprezentowali mieszankę folku, indie rocka i elektroniki, to pomyślicie: „Nic nowego”, ale jeżeli usłyszycie ich na żywo, to zostaniecie dotknięci niczym w trakcie religijnego misterium, gdzie komunię przyjmuje się z potężnych bitów i nastrojowych partii klawiszowych, a całości udziela najbardziej charyzmatyczną postać w składzie festiwalu. MIN t dała natomiast występ najmocniej zbliżony do tego, czym zazwyczaj są koncerty elektroniczne. Akcja toczyła się przede wszystkim przy klawiaturach, lecz z ogromną pomocą przyszedł festiwalowy oświetleniowiec, który nadał muzyce porywającej wizualnej ekspresji. Z kolei Martyna Kubicz bez wysiłku dowiodła, że nagminne porównywanie jej do Zamilskiej sprowadza się przede wszystkim do płci oraz instrumentarium. Przede wszystkim bity MIN t układają się w wyraźniejsze rytmy, mniej w nich IDMowych eksperymentów (choć nie zostały całkowicie wykluczone), więcej tanecznego potencjału. Poza tym Martyna potrafi śpiewać, zwłaszcza kiedy nie poddaje głosu żadnym syntetycznym modulacjom.

Kategoria numer trzy to garaż. Tutaj ilość doznań wykroczyła poza wszelkie skale, a festiwal dwa razy został przeniesiony o pół wieku wstecz. Pierwszą reminiscencję zafundowało Temples (choć nazwa bez „the” w latach 60. byłaby zaskakująca), które na jednym albumie zmieściło całą muzyczną ewolucją The Beatles czy The Who, od prostych piosenek oddziałujących głównie na nogi słuchaczy po hipnotyczne kompozycje atakujące głowy. Za chwilę będę pisał o tym, że indie rock się skończył i na pewno znajdą się wśród was osoby, których pięści uderzą o biurka, a gardła wykrzyczą: „A popłuczyny po british invasion to niby wiecznie żywe?”. Nie będę ukrywał, że najpierw jestem człowiekiem, dopiero później dziennikarzem i w uchwyceniu tej różnicy nie pomogą mi akademickie rozważania. Temples poruszają mnie bez wcześniejszego przygotowania, bez dostrajania się w trakcie koncertu. Po prostu stanąłem przed sceną i zostałem przez nich pożarty. W przypadku chociażby Gengahr musiał się sporo nagimnastykować, żeby poczuć cokolwiek, a i tak nic z tego nie pozostało już po występie. Temples jest dla mnie jak Batman Nolana, większość indie rockowych zespołów zaczyna natomiast przypominać Mrocznego Rycerza w słynnym stroju z uwydatnionymi sutkami.

The Wytches to teleportacja w podobną epokę, ale na teren Stanów Zjednoczonych, gdzie listy przebojów zostały zdominowane przez The Seeds, The Electric Prunes czy The Sonics. Zdarte gardła, zdarte struny i publiczność obdarta z resztek powściągliwości wytworzyły energię, jakiej utrzymanie na dłuższą metę pozwoliłoby raz na zawsze pozbyć się globalnego problemu energetycznego, wystarczyłoby zaangażować górników do tańczenia zamiast kopania. Na upartego można by się również doszukiwać grunge'owych naleciałości w repertuarze The Wytches, ale wyłącznie z pierwszego, brudnego okresu działalności Nirvany. Znacznie wyraźniejszym odniesieniem do dawnego brzmienia Seattle był set trójmiejskiego Destructive Daisy, które wystąpiło na scenie prze klubem B90. W tej muzyce najwyraźniej czuć garażowy smar, często kosztem ładnych melodii, które przemycali i Temples, i The Wytches. Z tego powodu grono odbiorców musi być znacznie węższe, ale jak już trafi na maniakalnego słuchacza The Stooges (za jakiego się uważam), to miłość od pierwszego wejrzenia jest gwarantowana.

W programie festiwalu znalazło się znacznie więcej kapel, ale właśnie kończy się druga strona tego tekstu, a wraz z nią prawdopodobnie także cierpliwość czytelników. Nie było na tej imprezie słabych występów i nawet te, z których nie potrafiłem wynieść intensywnych doznań dźwiękowych (na przykład Małe Miasta) okazały się wartościowym doświadczeniem poglądowym. W żadnym wypadku nie musiałem męczyć się na mainstreamowej kalce nikt już nawet nie pamięta czego. Każdy artysta przybył tutaj obnażyć się ze swojej osobowości i przy tak dużej różnorodności byłoby wręcz niemożliwe, gdyby wszystko spodobało się wszystkim. Zmęczyły mnie nieco nowe pomysły na indie rock w wykonaniu GengahrPeace, to solidni rzemieślnicy z własnymi wizjami gatunku, ale w porównaniu z chociażby Drenge, które wplatało garażowe i bluesowe inspiracje („We Can Do What We Want” niemal kopiuje słynny riff z „Baby Please Don't Go”) wypadli przeciętnie. Czwarta edycja festiwalu Soundrive dowodzi, że jest to impreza, o której można bardzo długo debatować i z każdego występu wyłuskiwać niuanse, z jakich na przykład Open'er został już dawno wyplewiony. Każdy z uczestników imprezy mógłby podać długą listę zespołów (ja też!), które chciałby zobaczyć w przyszłych latach, ale na szczęście w tym wypadku świadoma jest nie tylko publiczność, lecz również organizator i można być spokojnym, że będzie dobrze. Za to ostatnie zdanie również nie dostanę premii.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki