Machine Head w B90

Nie będę udawał, bo i tak wyczujecie fałsz - nie krzyczałem razem z wami: „Machine fuckin' Head”, nie dołączyłem do chóru odśpiewującego „Darkness Within” (nie znam tekstu) i nie podnosiłem pięści na rozkaz Robba Flynna (ale wy nie opuszczaliście telefonów na jego prośbę, więc w tym przypadku nie różnimy się aż tak bardzo).

Machine Head to dla mnie przede wszystkim sentyment, ale na szczęście nie musiałem czuć się jak w Dolinie Charlotty - Flynn zaśpiewał o buldożerze i buldożerem rozjechał niemal pełną salę B90.

Koncert rozpoczął się w jedyny możliwy sposób - „Imperium”. Kawałek otwierający album „Through the Ashes of Empires” w pierwszej minucie tak doskonale buduje napięcie, że trudno o lepsze rozpoczęcie wieczoru z Machine Head. Szybko dało się jednak rozpoznać, co będzie mocnym, a co słabszym punktem kolejnych minut. Lider kapeli na żywo zdziera gardło z nie mniejszą potęgą niż po studyjnym podrasowaniu, ale we fragmentach odśpiewanych czystym głosem pojawiało się zdecydowanie niezamierzone vibrato, które w połączeniu z chórkami („Beautiful Mourning”) brzmiało po prostu jak fałsz. Kiedy jednak tłum, w kierunku którego wykrzykiwane jest: „Fuck You all” reaguje euforycznie, drugoplanowe niedociągnięcia techniczne nie mogą zepsuć dobrej zabawy.

Dzisiaj w nawiasie przy nazwie Machine Head zazwyczaj pojawiają się tagi „groove metal” lub „thrash metal”, „mój” Machine Head był natomiast w sposób oczywisty zespołem nu metalowym, a Robb Flynn nie wyglądał jakby dopiero co zsiadł z Harleya, bardziej jakby wracał z koncertu Nsync. Na muzykę z tego okresu czekałem najbardziej, a już szczytem marzeń było usłyszeć rapowane, być może najbardziej melodyjne w całym dorobku zespołu „From This Day”. Ziściło się. Wprawdzie zapowiedzenie piosenki jako „czegoś dla starszych fanów” wywołało zaskoczenie („To ile ja mam lat?”), ale jeżeli na koncercie szuka się sentymentów, to niestety mogą się one obrócić przeciwko słuchaczowi. W programie znalazły się jednak utwory, przy których dorastały prawdziwe dinozaury (jakoś muszę zrzucić brzemię bycia „oldschool fanem”), w tym pochodzące z debiutanckiego „Burn My Eyes”, od dwudziestu lat cieszące się ogromną popularnością „Davidian”. Użytkownicy facebooka prawdopodobnie zorientowali się, że dzień prze koncertem Robb Flynn został ugoszczony w Sopocie przez Nergala, ale na kilku piwach i wspólnych zdjęciach nie skończyło się. Wczoraj role zostały odwrócone i to Flynn ugościł lidera Behemoth na scenie, a ten odegrał partie gitarowe właśnie w „Davidian”. W kolejce przed klubem podsłuchałem debatę o tym, jak bardzo komercyjnym zespołem jest Behemoth (ja tam nie słyszałem ich ani na Esce, ani nie widziałem w MTV), kiedy jednak lokalna reprezentacja wzmocniła skład Machine Head, odpowiedź tłumu była w stu procentach pozytywna. Nie ma się co dziwić, w końcu niewiele jest w Europie miast, w których Flynn może zaprosić lokalnego zawodnika do pogrania jak równy z równym.

Set lista trasy „An Evening With Machine Head” imponuje zarówno pod względem doboru utworów, jak i rozmiarem (jakieś dwie godziny grania). Zawsze znajdzie się ktoś, komu marzyłoby się usłyszenie na przykład coveru „Hard Times” Cro-Mags, który został opublikowany na wersji promo singla „Old”, ale obiektywnie zespół wyciągnął absolutną esencję swojego brzmienia. Gdybym koniecznie chciał się przyczepić, to ubolewałbym nad niewychodzeniem poza własny repertuar. Kawałek z czasów Forbidden albo Vio-lence byłby ciekawą odmianą, a już absolutnym mistrzostwem byłoby odegranie „The Dagger”, które lider Machine Head skomponował na składankę Roadrunner United. Tutaj mogłyby się jednak pojawić trudności techniczne, zwłaszcza jeżeli chodzi o powtórzenie solówki Jeffa Waters z Annihilator (sam dopiero po kilku podejściach zdołał ją zarejestrować). Ekipa z Kalifornii jest jedną z tych, którym wystarczają trzy struny u gitary, a zamiast piskliwych popisów stawiają na dewastowanie prostymi, lecz potężnymi riffami.

Machine Head nie należy do szczególnie ruchliwych zespołów na scenie, ale pięćdziesiątka na karku robi swoje (tak, znowu odgrywam się za „oldschool fans”). Korzystają natomiast z całego wachlarza typowych dla rockowego zespołu zachowań. Jest machanie grzywami, wytykanie języka (to akurat domena basisty), granie dwóch gitarzystów naprzeciw siebie, wymachiwanie pięściami, zwracanie się do publiczności per Poland, była nawet potoczysta mowa o pięknie Gdańska, oddaniu fanów i wierze w to, w co od ponad dwóch dekad wkłada się nie tylko całe serce, ale wręcz komplet wnętrzności. Często tego typu zagrania przypominają aktorstwo na poziomie „M jak Miłość”, ale Flynn przemawiał z tak wyraźną szczerością i tak dużą determinacją, że gdyby zastąpić nim Morfeusza w „Matrixie Reaktywacji”, to Syjon bez wysiłku zgładziłby maszyny, a w dodatku odtańczyłby pogo na ich zgliszczach.

Lata temu odkryłem Machine Head równolegle z Kornem, Coal Chamber, Kittie czy Slipknot i chociaż wtedy wolałem bulgoczący bas Fieldy'ego albo maski rodem z horrorów, to dzisiaj większość z tych kapel jest dla mnie wyłącznie miłym wspomnieniem. Flynn natomiast nigdy nie spuścił z tonu. Zarówno na żywo, jak i w studiu wciąż wytwarza niesamowitą energię, która atakuje organizm z pominięciem ukształtowanych gustów. Do tego po prostu trzeba się kiwać, nawet jeżeli bardzo by się nie chciało. Niektórzy wydają poważne pieniądze, żeby raz jeszcze zobaczyć Limahla w Sopocie. Machine Head miało być moim Limahlem, ale okazało się czymś znacznie lepszym i każdemu zespołowi życzę, żeby tak godnie się starzał.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki