Paradise Lost zagrali w B90

Dla zespołu o blisko trzydziestoletnim stażu i trzynastu albumach na koncie promowanie nowego wydawnictwa nie jest zadaniem łatwym.

Z jednej strony priorytetem jest pokazanie aktualnej formy, z drugiej tłum oczekuje ulubionych kawałków, z którymi dorastał. Na szczęście dla Paradise Lost nie był to aż tak duży problem, bo wydane w tym roku „The Plague Within” w niczym nie ustępuje kultowym „Gothic” czy „Icon”.

Zanim Holmes z ekipą wzięli we władanie publiczność, scena należała do debiutującego w tym roku, choć niezłożonego z debiutantów Lucifer. W składzie tego prosto, lecz wymownie nazwanego zespołu znajduje się między innymi życiowa partnerka wokalisty Cathedral - Johanna Sadonis (wcześniej głos The Oath) oraz gitarzysta tej legendarnej kapeli - Gaz Jennings. Być może byłem jedną z nielicznych osób na sali, które wyczekiwały tego występu w nie mniejszym stopniu niż występu gwiazdy wieczoru. Nawet kiedy kupowałem winyl Lucifer, sprzedawca dwa razy upewniał się, czy nie chodzi mi jednak o czarną płytę Paradise Lost. Jasne, że nie ma w tej muzyce niczego odkrywczego i mógłbym poświęcić cały akapit na wymienianie podobnych zespołów, ale ociężałych riffów, czołgającej się perkusji i wokali z pogranicza folku nigdy za mało. Muzyka nie jest w tym wypadku celem samym w sobie, równie istotna jest atmosfera, którą każdy z dźwięków potęguje. Przy współudziale oprawy wizualnej przypominającej jadowite odjazdy z „Kryjówki Białego Węża” Kena Russella i odrobinie woli do odcięcia się od otoczenia, można było trafić do niezwykłego miejsca, gdzie Lady Sylvia Marsh faktycznie wije się na scenie w czarnej skórze i hipnotyzuje swoje ofiary. Sądząc po reakcjach, nie każdy podjął próbę poddania się nastrojowi. Zdarzył się nawet jegomość, któremu najwyraźniej udział w koncercie pomylił się z logowaniem do RedTube i nie omieszkał wykrzyknąć, jaką to część ciała wokalistki pragnąłby ujrzeć. Oj, dzieci, dzieci...

Lucifer odegrał niemal cały album, od najbardziej melodyjnego w zestawie „Abracadabra” po singlowe „Izrael” na finiszu. Możecie się śmieć, że „Abrakadabra” to tytuł dobry dla Maryli Rodowicz, a nie metalowego zespołu, ale tak się składa, że mam przed sobą książkę zatytułowaną „Czarna Magia w XX wieku”, w której podano definicję: „Słowo kabalistyczne. Pochodzi z hebrajskiego zdania Abreq ad Habra (Nieś promień swój ku śmierci)”, a jak powszechnie wiadomo Lucyfer oznacza „niosący światło”. Muzyka, treść, wygląd, pomysł na siebie w każdym aspekcie - wszystko to doskonale zazębia się w spójną ucztę o pogańsko-mistycznym charakterze. Przez lata raport bezpieki z festiwalu w Jarocinie wyśmiewany był za donoszenie o istnieniu subkultury zwanej „lucyferianami”, o której nikt nigdy nie słyszał. Teraz okazuje się, że agenci mogli wykazać się wizjonerstwem wyprzedzającym swoje czasy.

Poniekąd rozumiem osoby niezadowolone z występu Lucifer. To stylistyka odległa od brzmienia Paradise Lost i bez wystarczająco szeroko otwartej głowy może okazać się irytującym hałasem. Na szczęście większość niezainteresowanych przeniosła się pod bar lub poza klub i nie przeszkadzała w odbiorze pozostałym. O godzinie dwudziestej pierwszej zrobiło się jednak tak gęsto, że z ulgą przecisnąłem się do fosy. Ekipa z Halifaxu to zjawisko dosyć niecodzienne, mało który zespół o tak długim stażu i po tak wielu przejściach wciąż funkcjonuje w niemal niezmienionym składzie. Wyraźnie przekłada się to na sceniczne obycie - z miejsca czuć, że to nie my gościmy Paradise Lost w Gdańsku, ale oni nas w dowolnym miejscu na świecie. Grają z tak dużą swobodą, że nawet solówki Grega Mackintosha sprawiają wrażenie łatwych do odtworzenia, a przy tym podchodzą do swojego statusu prekursorów gotyckiego metalu z ogromnym dystansem, czego najlepszym dowodem jest zapowiadanie utworu „As I Die” słowami: „Teraz będzie coś bardziej radosnego, ale oczywiście wciąż o śmierci”.

Set Paradise Lost okazał się dosyć kontrowersyjny. Nie zagrali wprawdzie nic ze synthpopowego, przez wielu znienawidzonego „Host” (choć chętnie usłyszałbym „Permamenent Solution” albo „So Much Is Lost”), ale sięgnęli po swoje najsłynniejsze wydawnictwa w sposób nieoczywisty. Jestem pewien, że hasło „Draconian Times” (album, od którego zaczęła się ich wielka, międzynarodowa kariera) budzi w wielu z was oczywiste skojarzenie - „Hallowed Land”. Swojego czasu był to obowiązkowy punkt na każdej metalowej imprezie i jestem pewien, że cała sala była gotowa do odśpiewania go razem z Holmesem, ale zamiast tego poleciało „Entchantment”. Podobnie w wypadku „Gothic” - utwór tytułowy zdawał się być wyborem oczywistym, nawet „Eternal” byłoby do przewidzenia, usłyszeliśmy jednak „The Painless”. Na papierze mogłoby to wyglądać zniechęcająco, ale na żywo można było zdemaskować klucz, jakim przy doborze repertuaru posłużyli się Brytyjczycy. Wszystko wskazuje na to, że celem nie było zagranie koncertu „The Best of”, lecz wyłonienie z dorobku utworów pasujących do konwencji najnowszego, bardzo ciężkiego materiału. Tyczy się to także aranżacji - wspomniane „As I Die” bez produkcyjnej ogłady okazało się bez porównania bardziej agresywne. W tym spójnym, głównie growlowanym programie nie zabrakło miejsca dla kilku przebojów, bez których zwłaszcza nieco młodsi słuchacze mogliby się poczuć jak po koncercie Black Sabbath bez „Paranoid”. „Erased”, „Praise Lamented Shade”, „Faith Divides Us - Death Unites Us” - nikt nie wypuściłby Paradise Lost z B90 bez odegrania tych trzech „szlagierów”. Nick Holmes pokazał tym samym, że wokalnie jest w szczytowej formie i zarówno wydając z siebie chtoniczne wyziewy, jak i śpiewając czystym, typowo rockowym głosem, bez choćby jednego fałszywego dźwięku potrafi odtworzyć siebie samego z wersji studyjnych (co w wypadku Lucifer nie był już tak oczywiste).

Paradise Lost przede wszystkim promowało materiał wydany na początku czerwca, zdecydowanie jeden z najlepszych w ich dorobku, o którym można by powiedzieć w bardzo wyświechtany sposób, że jest „powrotem do korzeni”. Zgodnie z zapowiedzią ze sceny, to właśnie stąd pochodzą najszybszy utwór w dorobku zespołu (siarczyste, niemal black metalowe „Flesh From Bone”) oraz najwolniejszy (ledwo toczące się, ale nie mniej agresywne „Beneath Broken Earth”). Koncert otworzyło natomiast „No Hope In Sight” - znakomita, wżynająca się w mózg melodia z silnie uzależniającym refrenem. Na „The Plague Within” aż roi się od ścieżek o podobnym działaniu, czasami w wersji ściśle metalowej („Terminal”), kiedy indziej w spokojniejszym, gotyckim wykonaniu („An Eternity Of Lies”, choć tu akurat samplowane chórki mocno przeszkadzały w odbiorze). Znakomity materiał, wybitna forma i świetny zespół na otwarcie wieczoru - to był jeden z najlepszych koncertów, jakie w tym roku widziałem.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki