Children of Bodom i Sylosis w B90

Od czasu wydanego dziesięć lat temu „Are You Dead Yet?” Children of Bodom odnotowują stopniowy spadek studyjnej formy i opublikowane miesiąc temu „I Worship Chaos” nie jest przełamaniem tej tendencji.

Od czasu wydanego dziesięć lat temu „Are You Dead Yet?” Children of Bodom odnotowują stopniowy spadek studyjnej formy i opublikowane miesiąc temu „I Worship Chaos” nie jest przełamaniem tej tendencji. Na szczęście na scenie Finowie stają się tak drapieżni i tak widowiskowi, że każdy z oswojonych przez producentów utworu natychmiast zyskuje na sile.

Publiczność rozgrzał brytyjski zespół Sylosis, który po dwóch-trzech kawałkach zdawał się być idealny do tego zadania i niczego ponadto, ale im dalej w setlistę, tym trudniejsze okazywało się opanowanie karku przed podrygiwaniem pod dyktando masywnych i jednocześnie chwytliwych riffów. Nie było w tym ani krzty oryginalności, a wokalista Josh Middleton momentami bez skrupułów kopiował manierę Phila Anselmo, jednak całe to odtwarzanie metalowych schematów stało na tak wysokim poziomie, że nieco ponad półgodzinny występ zdawał się trwać zaledwie chwilę i pozostawił po sobie duży niedosyt. Staż Sylosis wynosi piętnaście lat, w ciągu których wydali dla Nuclear Blast cztery albumy, a mimo to wciąż funkcjonują jako kapela niszowa i najprawdopodobniej w tym miejscu już pozostaną (z drugiej strony, kto wróżyłby sukces Panterze po ich czterech pierwszych albumach). Niemniej z roli, w jakiej występują na tej trasie koncertowej wywiązali się z nawiązką.

Pod koniec maja Roope Latvala, wieloletni gitarzysta Children of Bodom opuścił skład zespołu, a w jego miejsce nie wybrano zastępstwa na czas sesji nagraniowych. Alexi Laiho wprawdzie posiada nadludzkie zdolności, ale nawet on nie zdoła odegrać na żywo swoich kosmicznych solówek i partii rytmicznych w tym samym czasie, skład zasilił więc tymczasowo Antti Wirman, brat Janne - klawiszowca kapeli. Dało się odczuć, że w towarzystwie starych wyjadacze sypiących między utworami kawałami, rzucających gitarą przez ramię, efektownie plujących na wysokość kilku metrów i nieustannie prowokujących kontakt z publicznością był mocno spięty, ale grunt, że nie miało to przełożenia na jakość jego gry.

Niemal na sam początek poleciał „przebój” - „Are You Dead Yet?”, a już po pięciu utworach stoczniowa hala miała za sobą echo po „Everytime I Die”, moim osobistym numerze jeden w dorobku Children of Bodom. Większość zespołów zostawiłaby koncertowe pewniaki na bis, ale Finowie skonstruowali swój set w hitchcockowski sposób - najpierw wepchnęli publiczność w centrum huraganu, później nieco przystopowali najnowszymi kompozycjami, a na koniec, po gwałtownym zwrocie akcji wycisnęli ze słuchaczy resztki energii, rzucając kolejne prowokujące do mosh pitu hymny pokroju „Hate Crew Deathroll” czy „In Your Face”. Laiho i ekipa w Gdańsku dopiero rozpoczęli europejską trasę, która potrwa do połowy grudnia i być może stąd tak wyśmienita forma. Lider szył na strunach swoje wirtuozerskie wzory z precyzją bliską absolutowi. Nie napiszę niczego nowego, przekonując, że niewielu jest równie utalentowanych gitarzystów prowadzących w metalowym światku, niemniej spodziewałem się na żywo przynajmniej jednego fałszywego dźwięku, choćby drobnego potknięcia, ale okazało się, że mieliśmy do czynienia z bezbłędnym terminatorem.

Drugą najbardziej charakterystyczną postacią w zespole jest Janne Wirman, który zarazem wzbudza najwięcej kontrowersji. Nawet w kolejce przed klubem dało się usłyszeć dyskusje pomiędzy zwolennikami zagłuszania nieco kiczowatego brzmienia jego klawiszy przy użyciu ciężkich riffów a wielbicielami znaku firmowego Children of Bodom. Muzycy doskonale zdaje sobie sprawę z toczącego się od lat dialogu w środowisku fanowskim i potrafią do tego podejść z odpowiednim dystansem. Kiedy pomiędzy utworami Janne pozwolił sobie na chwilę improwizacji, jeden ze słuchaczy ze zdziwieniem wykrzyknął: „What the fuck?”, co momentalnie zostało podchwycone przez Alexiego Laiho, a na swoją obronę klawiszowiec wyznał, że to przecież kawałek Phila Collinsa. A przy okazji Collinsa, warto zauważyć, że Bodom mają na koncie mnóstwo coverów, od Slayera przez Dropkick Murphys aż po Britney Spears, ale ani oni nie wyszli z inicjatywą odegrania któregoś z nich, ani publiczność nie domagała się sięgnięcia po cudze melodie, za co obydwu stronom należą się brawa.

Children of Bodom zaprezentowało show kompletne - doskonale wyważona setlista, wyrazista osobowość sceniczna, znakomity kontakt z publicznością. Oczywiście można narzekać, że to już nie to samo, co dziesięć lat temu, ale można też dać się ponieść jednemu z najlepszych koncertowych zespołów metalowych, który nie potrzebuje ciężarówki pełnej pirotechniki, żeby poruszać tłumy.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki