Black Orchid Empire - "Semaphore"

79%

Z czego powinien składać się dobry rockowy utwór? Chwytliwy gitarowy riff, wpadająca w ucho melodia, mocna podstawa rytmiczna i pasujący do muzyki wokal decydują o tym, czy kompozycja zapisze się w pamięci na dłużej. Właśnie takimi utworami naszpikowany jest nowy album Black Orchid Empire, które ma wszelkie predyspozycje, by zapełniać duże sale koncertowe i wpisać się w line-upy festiwali.

Jeśli lubisz gitarowe piosenki, ale trochę bardziej mroczne, jest spora szansa, że polubisz brzmienie tego londyńskiego tria. Ich muzyka ma w sobie melodyjność Biffy Clyro, rozmach Muse i wyrafinowanie struktur instrumentalnych spod znaku Tool. Trafi do fanów Royal Blood i bardzo możliwe, że do części osób lubujących się w bardziej progresywnej odmianie metalu.

 

"Semaphore" to porcja mocnego rockowego grania z wyrazistym wokalem gitarzysty Paula Vissera i dobrymi tekstami. Można się w tej płycie zasłuchiwać godzinami, chłonąć basowe odjazdy, nucić refreny, rytmicznie machać głową i tupać nogą, relaksując się na kanapie. Przebojowość i ciężar łączą się w odpowiednich proporcjach. Najlepiej słucha się go w całości, ale poszczególne fragmenty bronią się również w oderwaniu od kontekstu, spokojnie mogłyby znaleźć się na playliście rockowej stacji radiowej.

 

Metalowo i energetycznie jest w "Singularity" czy w poszatkowanym "Dust". Zgrzytliwie i garażowo w "Faces". Fanom Royal Blood przypadnie do gustu rock and rollowy wykop w rozpędzonym "Red Waves", a refren "Natural Selection" jest idealny do śpiewania na stadionie, podobnie jak refleksyjnego "Winter Keeps Us Warm", którego chórki budzą skojarzenia z utworami Biffy Clyro.

 

Oczywiście znajdziecie tutaj także odrobinę niepokoju i tajemniczości, chociażby w otwierającej miniaturze - "Emissaries"; opartym na pogłosach "Heliopause"; ostrym, hipnotycznym "Death From Above"; gęstym, niemal doom'owym "Monolith" czy na początku "Motorcade". Ta kompozycja w sposób niemal podręcznikowy łączy melodyjność i mrok, a zmiany tempa choć są na porządku dziennym, nie drażnią. W najdłuższym na albumie "Evergreen" uwagę zwraca melancholia rodem z Porcupine Tree, pięknie równoważąca "toolową" moc. Całość wieńczy nostalgiczny "Crash".

 

Trudno wyróżniać poszczególne utwory, wszystkie są na równym, wysokim poziomie. Gitarzysta i wokalista Paul Visser, basista Dave Ferguson i perkusista Billy Freedom spisali się na medal - nagrali spójny, bardzo dobry album, który wpada w ucho od pierwszego przesłuchania, ale dzięki przyjemnym melodiom, uniwersalnym, emocjonalnym tekstom i solidnej pracy gitar i bębnów zostaje w głowie na dłużej. Oczywiście wszystko to już gdzieś słyszeliśmy, ale nie ma to większego znaczenia, skoro słuchanie tej muzyki wciąż sprawia ogromną przyjemność.


Long Branch/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive