Muzz - "Muzz"

88%

Znają się od dawna, dwaj z nich jeszcze z czasów nastoletnich, ale dopiero w 2015 roku postanowili na poważnie zabrać się za wspólne granie. Muzz to grupa złożona z członków Interpol, The Walkmen, Fleet Foxes i Bonny Light Horseman oraz producenta współpracującego z The National i The War On Drugs. Paul Banks, Matt Barrick i Josh Kaufman na indie-rockowym graniu zjedli zęby i wykorzystali tę wiedzę do nagrania fantastycznego debiutu wykraczającego poza tę estetykę.

Jest niespiesznie i uroczo, a z drugiej strony bardzo emocjonalnie. To płyta lekka i przystępna, a jednocześnie ambitna i z pomysłem, do wielokrotnego słuchania i stopniowego odkrywania dla tych, którzy kochają melancholię oraz wokale wręcz stworzone do opowiadania wzruszających, skłaniających do myślenia historii. "Muzz" to bardzo spójna i prawdziwie piękna, pełna wrażliwości płyta. Dodanie sekcji dętej i smyczkowej do rockowych ballad sprawdza się nad wyraz dobrze, a chwytliwość, melodyjność i wielowarstwowość łączą w zrównoważonych proporcjach.

 

Podróż zaczyna się od "Bad Feeling" - świetnej piosenki na melancholijny nastrój i chwile, które najchętniej spędzałoby się, leniwie leżąc na kanapie. Ładna, kołysząca, nienachalna, a jednocześnie zapadająca w pamięć. Urokliwe partie instrumentów dętych dodają jej klimatu, z pewnością polubią ją fani The National czy The War On Drugs.

 

Delikatny, elektroniczny puls dominuje w snującym się sennie "Evergreen", gdzie Banks śpiewa niby od niechcenia, a jednocześnie szczerze i z zaangażowaniem. W "Red Western Sky" zasłuchiwać będą się miłośnicy Interpolu i The National, przypominając sobie najlepsze albumy tych grup. "Patchouli" to natomiast doskonały przykład kołysanki, ale takiej trochę garażowej, celowo niedopracowanej, jakby nagranej w domowym zaciszu.

 

Dalej jest równie intrygująco. Urokliwy refren "Everything Like It Used To Be" to kwintesencja dobrego połączenia nostalgii i romantyzmu. Ciekawy jest najdłuższy na albumie "Broken Tambourine" rozwijający się od fortepianowej miniatury po gitarową balladę. "Knuckleduster" świetnie wpasowałby się w klimat indie-dyskoteki z początku dwudziestego pierwszego wieku.

 

Spokój i rozkołysana melodia to cechy szczególne "Chubby Chucker" i przepięknego "Summer Love". W "How Many Days" nieco niepokojący nastrój rozładowuje chwytliwy refren i przesterowana solówka gitarowa. Stuki, pogłosy i dęte partie budują podniosłą atmosferę "All Is Dead To Me" - to ważny fragment albumu, trochę w stylu retro, pięknie podkreślający analogowe, organiczne brzmienie. "Muzz" kończy się refleksyjnym "Trinidad", którego nie powstydziłby się Matt Berninger.

 

Podczas gdy Interpol zaczął zjadać własny ogon, The National zaryzykowali i poszli w nieco innym kierunku, a nowych nagrań The War On Drugs na horyzoncie nie widać, Muzz przynosi dawkę świeżości w sferze gitarowej melancholii. To bezpieczny pomost pomiędzy tym, co znane i lubiane a aranżacyjnymi nowinkami. Ekspresja wokalna Paula Banksa do tych niespiesznych dźwięków pasuje niemal idealnie. Brakowało takiego albumu dla indie-wrażliwców, do którego chętnie wracałoby się niezależnie od okoliczności, a przy okazji połączyłby fanów w różnym wieku. To jedno z najciekawszych wydawnictw tego roku i mam przeczucie, że gdyby nie wirusowe szaleństwo i odwołane festiwale, zapewniłoby zespołowi miejsce na niejednej letniej scenie.


Matador Records/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive