You Should Have Left. Przeciętny horror z solidną rolą Kevina Bacona

54%

Od czasu, kiedy jego krtań została przebita w pierwszej części "Piątku trzynastego" przez ganianie za graboidami we "Wstrząsach" po dziś dzień Kevin Bacon dodaje smaczku każdemu horrorowi, w jaki się zaangażuje, ale tym razem postawiono przed nim zadanie wyjątkowo trudne, bo David Koepp, który po pięciu latach pozbierał się po porażce "Bezwstydnego Mortdecaia", nadal nie jest w szczytowej formie.

Blumhouse Productions to dzisiaj potężna machina do tworzenia horrorów - czasami udanych ("Niewidzialny człowiek", "Sweetheart" czy przede wszystkim ostatnia inkarnacja "Halloween"), częściej nudnawych i schematycznych ("Wyspa fantazji", "Ma" albo "Prawda czy wyzwanie"), niemniej zawsze solidnie wyprodukowanych, a "You Should Have Left" znajduje się dokładnie pośrodku. Scenariusz jest prosty, ale postacie dobrze wymyślone i wiarygodne; dreszczy niewiele, ale atmosfera małej walijskiej wioski potrafi zaintrygować. Jest nieźle, ale mogło być znacznie lepiej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Koepp (bardziej spełniony jako scenarzysta, ma na koncie między innymi "Mrocznego anioła", "Park Jurajski" czy pierwszego "Spider-Mana" Sama Raimiego) nawiązuje tutaj do własnego filmu sprzed szesnastu lat - "Sekretnego okna", gdzie również akcja rozgrywała się w domu na odludziu, granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością była zatarta, a ciężar narracji w całości spoczywał na charyzmatycznym odtwórcy głównej roli (w obydwu przypadkach podejrzewanym o zamordowanie żony). Reżyserowi trzeba oddać, że autoplagiatu nie popełnił, bo w obydwu przypadkach istnieją literackie pierwowzory (Stephena Kinga i Daniela Kehlmanna), najwyraźniej postawił jednak na bezpieczny wybór i produkcję, która nie będzie dużym ryzykiem finansowym.

 

Jeszcze innym skojarzeniem może być "Lśnienie" (a nawet dałoby się przyrównać elementy "Martwego zła" i "Interstellar"), ponownie z powodu osadzeniu akcji w odległej od cywilizacji głuszy, ale także ze sprawą obsadzenia niemal wyłącznie trzech ról i wykreowania skomplikowanej relacji pomiędzy każdą z tych osób - ojcem (Bacon), matką (znakomita Amanda Seyfried) oraz córką (debiutująca Avery Tiiu Essex). Poziom napięcia i niepokoju nie jest nawet blisko majstersztyku Kubricka, ale jest powyżej poziomu, który oddziela niezły film od całkowitej straty czasu.

Czasami "You Should Have Left" irytuje schematami (lustrzane odbicie zachowuje się inaczej niż jego właściciel, tu i ówdzie jakiś jump scare i tak dalej), kiedy indziej bawi igraszkami z konwencją (przerażony tata szarpie za klamkę zablokowanych drzwi, a córka sugeruje przekręcenie klucza w zamku, co okazuje się wystarczającym zabiegiem), czasami drażni dialogami (na przykład przy włamaniu postaci Bacona do komputera partnerki), w innych momentach zaciekawia (na przykład poprzez ukazanie różnic pokoleniowych wewnątrz związku tworzonego przez osoby, które dzieli duża różnica wieku) i tak jest właściwie przez cały czas - na każdą zaletę przypada jakaś wada i na odwrót, a najmarniej wypada niestety naszpikowany niepotrzebną ekspozycją finał.

 

Najnowszy film Koeppa jest... w porządku. To zjadliwy średniak, któremu bez wyrzutów sumienia można poświęcić półtorej godziny i nic ponadto. Nawet tytuł jest tak bardzo nijaki, że już następnego dnia zapomnicie o tym seansie.


You Should Have Left

USA, 2020

Blumhouse Productions

Reżyseria: David Koepp

Obsada: Kevin Bacon, Amanda Seyfried, Avery Tiiu Essex



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive