Rafael - "Sinners, Saints, Angels, Damned"

85%

Jenny Quach z Garden Grove Hospital w Kalifornii w obszernej pracy na temat muzykoterapii przekonywała, że odpowiednio dobrany zestaw płyt czy utworów może zmniejszyć u pacjentów poczucie niepokoju i i smutku, ale co z osobami, które właśnie niepokój i smutek chcą poczuć? "Sinners, Saints, Angels, Damnes" to kontrpropozycja, przy której te na ogól niepożądane wrażenia oczarowują.

Na debiutanckim albumie Rafaela można usłyszeć między innymi gitarę elektryczną czy perkusjonalia, ale to cisza jest narzędziem, którym stołeczny muzyk włada z prawdziwą wirtuozerią. W tych ośmiu utworach to, co przemilczane jest równie istotne, co dźwięki dopuszczone do rezonowania, bo chociaż cisza sama w sobie barwy nie ma, jej umiejętne zastosowanie jest jak chuchnięcie na porowatą końcówkę mazaka, który dzięki temu kreśli wyraźniej i z większą głębią.

 

Najgłośniej i zarazem najprzystępniej jest na samym początku. Otwierające "Burning Hay" może kojarzyć się z Tomem Waitsem z okresu "Swordfishtrombones" i da się tutaj nawet wyodrębnić fragmentaryczną, zdatną do zanucenia melodię. Słusznie Rafael wytypował ten kawałek na singiel, bo chociaż mniej więcej w środku przechodzi chwilową dekonstrukcję w mniej regularny twór i zapowiada to, co czeka nas dalej, ostatecznie emanuje urokliwym i brudnym czarnym romantyzmem, który budzi skojarzenia także z Nickiem Cavem, Eric's Trip (zwłaszcza z "Love Tara"), Beat Happening (z "Jamboree") czy The Microphones (z "It Was Hot, We Stayed in the Water") albo nawet z Davidem Lynchem (a zwłaszcza "Dark Night of the Soul", które nagrał wraz z Danger Mousem i Sparklehorsem), ale w jeszcze bardziej obskurnym, jeszcze bardziej lo-fi wydaniu.

 

Moment, który w języku kina należałoby nazwać jump scarem to z kolei końcówka powoli snutego "Three Spoons Away From Nothing", gdzie kilka żwawszych, mocniej szarpanych akordów potrafi na chwilę wybić z hipnotycznego stanu, ale zdaje się, że tylko po to, by sprawdzić, czy nadal tam jesteście i uważnie słuchacie. Dalej jest już spójnie - oszczędnie cedzone dźwięki, przytłumiony głos, zapętlane motywy przypominające żałobną modlitwę. Za pomocą tych zabiegów Rafael generuje dziwaczną, ponurą atmosferę, której kolejnym ekranowym ekwiwalentem może być trzeci sezon "Twin Peaks" - trudny do interpretowania i zrozumienia w pełni, ale wzbudzający tak intensywne emocje, że wcale nie chce się rozszyfrowywać wszystkich jego tajemnic.

 

"Sinners, Saints, Angels, Damned" to wyjątkowy materiał, ale jednocześnie również wyjątkowo trudny, skierowany do bardzo wąskiej niszy. Jeżeli jednak - podobnie jak ja - należycie do niej, będzie to dla was jeden z najważniejszych debiutów tego roku.


IA/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive