Miecz zabójcy demonów, tomy 1-2. Wyjątkowa zwykła historia

91%

Nie ma dzisiaj popularniejszego tytułu w Japonii. Wprawdzie sukces mangi to pokłosie sukcesu anime (jak to często bywa), ale papierowy pierwowzór cieszy się obecnie równie wielkim zainteresowaniem. Tak wielkim, że pobił rekord największej liczby sprzedanych egzemplarzy w ciągu jednego roku, który dotąd należał do "One Piece", a jego wynik to ponad trzydzieści osiem milionów sztuk... To tak, jakby każdy mieszkaniec Polski kupił jeden tomik.

Czym Koyoharu Gotouge przyciągnęła tak wiele osób? To największe zaskoczenie, bo w "Mieczu zabójców demonów" nie ma ani unikalnego świata przedstawionego i zawiłej fabuły jak w "Ataku tytanów", nie ma ironii i dystansu do gatunku jak w "One-Punch Man", nie ma nawet próby przebudowania konwencji w stylu "My Hero Academia". Przygody Tanjirou Kamado i jego siostry Nezuko można by wręcz uznać za stereotypowe, przypominające "Rurouni Kenshin", "Blue Exorcist" czy nawet "Naruto", a jednak wyróżnia je kilka detali, które przesądziły o sukcesie.

 

Owe szczegóły są tak bardzo subtelne, że w trakcie lektury trudno je od razu wychwycić, ujawniają się dopiero wtedy, gdy dociera do czytelnika, że jest świadkiem zupełnie zwyczajnych wydarzeń, ale z jakiegoś powodu nadzwyczajnie go pochłaniają. Najistotniejszym jest konstrukcja postaci, pozornie kolejnego chłopca, który chce być najlepszy na świecie i kolejnej cichej dziewczyny, która towarzyszy mu na każdym roku, a w kluczowym momencie okazuje się sprawną wojowniczką. Tanjirou chociaż dobrotliwy niczym Goku i dziesiątki jego kopii, nie dzieli jednak ich nierozgarnięcia (i wilczego głodu), nie walczy też wyłącznie w imię samolubnego doskonalenia się czy rozrywki, lecz w ściśle określonym celu - chce przywrócić przemienionej w demona siostrze utracone człowieczeństwo. Najbardziej zaskakuje natomiast pod koniec pierwszego tomu, kiedy umierającemu demonowi okazuje współczucie i wsparcie w ostatnich chwilach życia. Empatia z czasem stanie się jego znakiem szczególnym, a także elementem wyróżniającym "Miecz zabójcy demonów" nie tylko na tle większości mang, lecz również fikcji skupionej na akcji w każdym medium. To rzadka jakość, której w dzisiejszym świecie bardzo brakuje.

Nezuko z kolei nigdy nie jest "dziewczynką w tarapatach" i przede wszystkim nigdy nie zdarza się, że jakaś niezdarna postać wpada w jej biust, że ona sama przewraca się, ukazując bieliznę albo że jest obiektem niesmacznego podrywu. Jedyna sytuacja, w której jej uroda zostaje wspomniana, to wstawiennictwo brata, kiedy w drugim tomie ktoś rzuca w jej kierunku: Jest demonem i nie jest krasna. Zapomnijcie o Genialnym Żółwiu, Jiraiyi, Meliodasie czy Minoru Minecie, "Miecz zabójcy demonów" jest wolny od tych śliskich typów i nie miałbym nic przeciwko, gdyby japońska popkultura całkowicie się od nich uwolniła. To delikatnie, ale ostateczni znacząco inne podejście do tworzenia głównych postaci prawdopodobnie wiąże się także z tym, że Koyoharu Gotouge jest kobietą i zwyczajnie nie odnajduje niczego interesującego w scenach z pogranicza ecchi albo niezdrowej rywalizacji.

 

Poza wyjątkowo sympatycznymi postaciami i szczerą, często wzruszającą więzią rodzeństwa, zachwytów dostarczają także same realia - ponownie niby nic nowego, a intuicyjnie da się wyczuć zwrot w nietypowym kierunku. Wskazówka pada zresztą pod koniec pierwszego tomu, bo okazuje się, że akcję osadzono nie w epoce Edo (jak większość mang z mieczami i kimonami), lecz w późniejszej, trwającej ledwie piętnaście lat - Taisho. Może to zaskakiwać tym bardziej, że mamy do czynienia z latami 1912-1926 - nie aż tak odległą przeszłością, a plenery z początku wydają się bardzo tradycyjne, wolne od dobrodziejstw technologii z początku XX wieku, ale właśnie taka była wówczas Japonia, co najlepiej widać z kolei w końcówce drugiego tomu, kiedy akcja przenosi się do już znacznie bardziej zaawansowanego i przytłaczającego dla ludzi z prowincji Tokio. Odniesień do tradycji i folkloru jest zresztą znacznie więcej, chociażby maski zabójców demonów czy kolczyki Tanjirou wzorowane na kartach do hanafudy, a z drugiej strony pojawia się jakby wyciągnięty z innych czasów Muzan Kibutsuji (główny czarny charakter), który korzysta z dobrodziejstw dopiero co otwartych granic i nosi zachodni strój przypominający odzienie Michaela Jacksona z okresu "Smooth Criminal". Ta dwoistość jest fascynująca między innymi dlatego, bo chociaż przypomina świat historycznej fikcji, pokazuje prawdziwą naturę podzielonej Japonii z tamtego okresu.

"Miecz zabójcy demonów" jest zaledwie o kilka niuansów i smaczków inny od schematycznego shounen akcji, ale każda z tych drobnych zmian uruchamia lawinę konsekwencji, a w rezultacie schemat zostaje zaktualizowany, ożywiony i przemieniony z jednej strony w coś, co dobrze znamy i możemy traktować z nostalgią, z drugiej w coś wolnego od powtórzeń i pasjonującego niezależnie od wieku i płci, pozbawionego seksualizacji i niegloryfikującego przemocy. To jeden z tych tytułów, które powinny zadowolić zatwardziałych czytelników i czytelniczki mangi, ale równie dobrze nadaje się na prezent dla dziecka i zaszczepienie mu miłości do japońskiego komiksu.


Miecz zabójcy demonów

Tytuł oryginalny: Kimetsu no Yaiba

Polska, 2020

Waneko

Scenariusz: Koyoharu Gotouge

Rysunki: Koyoharu Gotouge



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive