Pięciu braci. Polityczne kino klasy B

65%

Można by narzekać, że Spike Lee w kółko kręci ten sam film i głosi ten sam polityczny przekaz, ale tak naprawdę będzie to narzekanie nie na jego twórczość, a na nieprawdopodobnie powolne przemiany wewnątrz amerykańskiego społeczeństwa, bo skoro nierówności i konflikty nadal istnieją, to dlaczego walka z nimi miałaby się zakończyć?

W "Pięciu braciach" Lee sięga po niegdyś jeden z najpopularniejszych tematów w Hollywood - wojnę w Wietnamie. Temat całkowicie zresztą wypaczony na przełomie lat 80. i 90. przez sielankowe komedie pokroju "Air America" czy kino akcji klasy B, na przykład "Wojenny autobus" albo "Dowódca - ostatni amerykański żołnierz" (z drugiej strony być może te niedorzecznie rozrywkowe filmy to jedyne, co dobrego pozostało po zakończonej w 1975 roku wojnie). Kontynuuje przy tym trop, jaki obrał w "BlacKkKlansman", czyli kompromis pomiędzy kinem zaangażowanym a rozrywką z pogranicza blaxploitation. W tej formie odnalazł w XXI wieku głos oraz moc, którymi dawniej potrafił poruszać, a których w tym stuleciu przez wiele lat nie zdołał przywołać.

 

Z jednej strony obserwujemy więc serię prztyczków wystrzelonych w kierunku prezydenta Trumpa, dostajemy zwięzłe przypomnienie historii osób czarnoskórych żyjących (i często przedwcześnie umierających) w Stanach Zjednoczonych, naświetlanie podobieństw pomiędzy wydarzeniami historycznymi a współczesnymi (chociażby tłamszone przez rząd zamieszki po zabójstwie Martina Luthera Kinga i te obecne, sprowokowane przez morderstwo George'a Floyda); z drugiej strony wydarzenia napędza fabuła do złudzenia przypominająca "Skarb Sierra Madre" - kilku mężczyzn przemierzających obcy kraj w poszukiwaniu złota, a przy okazji mierzących się nie tylko z trudnościami natury przygodowej, ale także osobistej.

Lee wzmacnia treść zabiegami formalnymi - co jakiś czas zatrzymuje akcję, pokazując zdjęcie fikcyjnej lub rzeczywistej postaci, o której akurat ktoś wspomniał; a kiedy korzysta z retrospekcji, zamiast narracji czy napisu informacyjnego, po prostu zwęża format obrazu do 4:3 (sceny kręcone kamerą 16mm). Co jednak najciekawsze (i zaskakująco skuteczne), kiedy przenosimy się w przeszłość, główni bohaterowie ani nie są grani przez innych, młodszych aktorów, ani nie zastosowano zabiegu cyfrowego odmładzania znanego z innego głośnego filmu wyprodukowanego przez Netflix - "Irlandczyka". Wyglądają dokładnie tak samo, choć towarzyszy im młodszy przyjaciel, który z Wietnamu nie wrócił. Dodaje to filmowi szczypty surrealizmu i potrafi żywo fascynować przez mniej więcej połowę "Pięciu braci". Gorzej z drugą połową...

 

Scenariusz jest niedorzeczny już u podstaw - blisko siedemdziesięcioletni weterani wracają do Wietnamu, by odnaleźć zaginiony skarb i na własnych barkach wyciągnąć go z dżungli... Nie wymaga to jednak aż tak wielkich umiejętności w zawieszaniu niewiary (zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę to, że reżyser bawi się z konwencjami kina gatunkowego), co późniejsze sceny. Od momentu, kiedy złoto zostaje odnalezione, niedorzeczności zaczynają się namnażać - ktoś sygnalizuje wejście na minę w tak przewidywalny sposób, że jego los staje się jasny przynajmniej na pięć minut przed dopełnieniem; odzyskanie kości jednego z żołnierzy jest ważnym celem działań ekipy, ale drugiego bez zająknięcia pozostawiają i przede wszystkim siłowo wydłużony metraż.

Długie filmy to trend ostatnich lat nie tylko w kinie artystycznym (najlepszy przykład to wspomniany obraz Martina Scorsese), ale również tym popcornowym, wystarczy nadmienić dwie ostatnie części "Avengers". Można wręcz uznać, że jeszcze dwadzieścia lat temu standardowe półtorej godziny uchodzi dzisiaj za niegodziwe, zarezerwowane dla tanich horrorów, odbierające status sztuki wyższej, ale zwięzłości nie trzeba się ani wypierać, ani wstydzić, zwłaszcza kiedy pomysłu na coś dłuższego zwyczajnie nie wystarcza.

 

Punktem najmocniejszym "Pięciu braci" jest z kolei życiowa rola Delroy'a Lindo, charakterystycznego aktora, który na przełomie wieków zaliczył szereg drugoplanowych ról w wielu głośnych filmach - na przykład w "Adwokacie diabła", "Okupie" albo "Piętnie Minnesoty". Prawdopodobnie sam nie spodziewałby się, że u schyłku kariery zagra tak złożoną postać, czarnoskórego wyborcę Donalda Trumpa, człowieka dręczonego przez wyrzuty sumienia i zespół stresu pourazowego, niezdolnego do stworzenia bliskiej więzi z synem, popadającego w skrajne nastroje. On i pierwsza połowa "Pięciu braci" to wystarczające atuty, żeby zaznajomienie się z nowym filmem Spike'a Lee nie było czasem zmarnowanym, ale pozostaje niedosyt, bo ostatecznie przygoda wcale nie jest aż tak ekscytująca, a przesłanie reżysera (mimo że powszechnie wiadomo, za jakimi opowiada się wartościami) rozmywa się w historii o przyjaźni zaledwie pięciu tytułowych braci, a nie braterstwa, które mieli symbolizować. Za mało w "Pięciu braciach" konsekwentności w doborze tonu i przekazu, ale w kontekście wydarzeń trawiących obecnie Stany Zjednoczone, to politycznie zaangażowane kino klasy B nabiera dodatkowej mocy.


Pięciu braci

Tytuł oryginalny: Da 5 Bloods

USA, 2020

Netflix

Reżyseria: Spike Lee

Obsada: Delroy Lindo, Jonathan Majors, Clarke Peters



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive