Co wirusolog sądzi o współczesnej muzyce?

Krzysztof Pyrć jest kierownikiem Pracowni Wirusologii w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagielońskiego. W ostatnim czasie często zabiera głos w sprawach związanych z COVID-19, ale być może zamiast jego opinii - popartej latami kształcenia oraz praktyk - lepiej zapamiętaliście poglądy Edyty Górniak, Ivana Komarenki albo Dody i... niech wam będzie, ale w takim razie postanowiłem zasięgnąć opinii profesora Pyrcia na temat zjawisk zachodzących we współczesnej muzyce.

W 2017 roku hip-hop po raz pierwszy w historii stał się najbardziej dochodowym gatunkiem muzycznym. W Stanach Zjednoczonych zainteresowanie nim wyniosło 20,9% całej odsłuchiwanej muzyki i jeszcze przez chwilę szło łeb w łeb z rockiem (19,8%), ale już w 2018 roku wyskoczyło na pozycję samotnego lidera z wynikiem 24,7% (dane pochodzą z magazynu Rolling Stone). Nic więc dziwnego, że młodzi, początkujący gracze dostali propozycje milionowych kontraktów - od ośmiu milionów Lil Pumpa po piętnaście milionów Brockhampton, a w dodatku nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie mogło dojść do detronizacji. Profesora Pyrcia zapytałem, jak długo ta dominacja może jeszcze potrwać i odpowiedź... może was zaskoczyć.

 

Hip-hop nie jest przecież dominującym gatunkiem muzycznym - przekonuje biolog, stając tym samym po stronie hip-hopowych denialistów. Na szczęście nie ślubuje jednak, że dopóki żyje, nie da się zaszczepić (albo raczej zaszczepić sobie obcych mu brzmień) z równą zawziętością, co piosenkarka znana z przeboju "Kolorowy wiatr". Wirusolog w końcu przyjmuje do wiadomości, że coś z tym rapowaniem jest na rzeczy, po czym bez wahania wyrokuje: Daję hip-hopowi jeszcze trzy-cztery lata. Miejmy nadzieję, że Kendrick Lamar wyrobi się z nowym albumem...

 

Z tych słów można wywnioskować, że wiara w wysoką pozycję hip-hopu w dzisiejszej muzyce czy nawet w całej popkulturze jest niewielka. Parafrazując najpopularniejszego polskiego pianistę pop-jazzowego, można by wręcz uznać, że w oczach profesora Pyrcia całe to zamieszanie zaczyna wyglądać jak jakaś psychooperacja, zeszliśmy więc na temat bardziej swojski. Zespoły rockowe i metalowe z lat 80., to bardziej mój temat - pada deklaracja. - Z nowych rzeczy niewiele do mnie przemawia, to nie jest ten klimat, co w czasach, kiedy słuchałem muzyki bardziej intensywnie. Z takich mainstreamowych rzeczy to jeszcze Rammstein trzyma wysoki poziom i te starsze, które wciąż nagrywają płyty.

 

Ubiegłoroczny album Rammstein faktycznie spotkał się z dobrym przyjęciem, choć jego zawartość okazała się odważnym krokiem w kierunku wyraźnie lżejszego brzmienia, ale czy faktycznie rockowe i metalowe zespoły z lat 80. są znacznie lepsze od tych współczesnych, czy jest to jedynie popularna teoria spiskowa? Tylko w pierwszej połowie bieżącego roku ukazały się przecież między innymi znakomity, przebojowy debiut duetu Nova Twins; pięknie hałasujący materiał kolejnego projektu Ty Segalla - Wasted Shirt; trzecie wydawnictwo Code Orange, na którym inspiracje nu metalem odżyły w najlepszym możliwym stylu; poruszające "Every Bad" Porridge Radio czy kolejny fantazyjny odjazd Oranssi Pazuzu (a lada moment kolejny dołożą muzycy Imperial Triumphant, o naszej rodzimej Doli nawet nie wspominając).

 

Muzyka sprzed trzydziestu-czterdziestu lat jakościowo niekoniecznie przewyższa tę współczesną (a przynajmniej nie bezwzględnie), na pewno natomiast wzbudza bardziej nostalgiczne reakcje i najpewniej stąd bierze się jej ponadczasowość, co profesor Pyrć zresztą zauważa: Co jakiś czas to wraca, bo ludzie są z tym osłuchani. Mija okres, kiedy jakiś trend był już passe i można po niego znowu sięgnąć. Cykliczność popularności zjawisk muzycznych jest faktem niezaprzeczalnym i wydawać by się mogło, że podobnie jest z postępującą globalizacją, coraz większa popularnością chociażby hip-hopu z Rosji czy z Chin i przez chwilę zdaje się, że w słowach kierownika Pracowni Wirusologii w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagielońskiego pada potwierdzenie: Czasami lubię słuchać francuskiego hip-hopu... Chwilę później reflektuje się jednak, wybucha śmiechem i dodaje: Czy ja naprawdę muszę na to odpowiadać? Bardzo walczę ze sobą, bo ja tak nie potrafię [śmiech]. Nawet nie wiedziałem, ze ktoś rapuje w języku kantońskim, to są dla mnie zupełnie nowe informacje i nie potrafię aż tak się wygłupiać [śmiech].

 

Krzysztof Pyrć nie jest pierwszym antyhiphopowcem Polski (w nawiązaniu do słów dziennikarza skazanego na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu za nazwanie protestujących kobiet feminazistkami, któremu Edyta Górniak postanowiła udzielić wywiadu) i wprost przyznaje, że dzisiaj muzyka nie jest dla niego aż tak istotnym elementem życia: Kiedyś zastanawiałem się, co to znaczy, że ludzie "słuchają radia", a teraz sam zacząłem to robić, więc siłą rzeczy częściej słucham muzyki elektronicznej czy popowej. Skoro jednak Górniak z podstawowym wykształceniem, Doda z maturą czy Leszek Możdżer po Akademii Muzycznej bez zawahania wygłaszają śmiałe tezy związane z tak złożonymi zagadnieniami jak wirusy, szczepionki czy pandemia, biolog tym bardziej powinien mieć prawo do wyrokowania w kwestiach dotyczących muzyki, bo przynajmniej naprawdę miał z nią styczność. Profesor Pyrć z tego prawa nie chce jednak korzystać, na koniec rozmowy z wyraźnym zakłopotaniem dodaje: Strasznie głupio się czuję, wypowiadając się na takie tematy. Poprosił mnie pan o to, więc nie chciałem odmawiać, ale już mam poczucie winy [śmiech]. Szkoda, że do podobnych refleksji nie dochodzą domorośli "wirusolodzy", aczkolwiek Doda w 2006 roku na rozdaniu Telekamer była całkiem blisko, kiedy rozpoczęła przemowę od słów: Bardzo długo zastanawiałam się, by powiedzieć coś mądrego i sensownego, i... nic nie wymyśliłam.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive