MW. Całe zło świata na ośmiuset stronach

99%

Do "MW" Osamu Tezuki przylgnęła łatka "najmroczniejszego dzieła" w jego bogatym dorobku, a tego rodzaju etykiety często dodawane są na wyrost, dla wzmocnienia zainteresowania potencjalnych czytelników i czytelniczek. Wystarczy jednak zapoznać się z pierwszymi piętnastoma stronami, żeby pozbyć się wątpliwości - nie ma w opiniach o "MW" ani krzty przesady.

"Bóg mangi" czy też "japoński Walt Disney", twórca tak ważnych dla japońskiej popkultury postaci, jak Astro Boy albo Kimba, biały lew już wcześniej udowadniał, że nie boi się trudnych tematów, chociażby w wydanym w ubiegłym roku przez Waneko "Ayako". W publikowanym pierwotnie pomiędzy 1976 a 1978 rokiem "MW" sięgnął jednak po pełną paletę najobrzydliwszych występków, jakie może popełnić człowiek.

 

Zło Tezuka rozdzielił na dwie kategorie - bierną oraz czynną - i każdą z nich przypisał jednemu z głównych bohaterów. Katolicki ksiądz Iwao Garai jest winien zaniechania, milczenia, odwracania wzroku, bierności i ulegania pokusom, a zarazem zrzucania odpowiedzialności za wszelkie nieszczęścia na karb niezrozumiałej dla śmiertelników woli boskiej i wiary w to, że tylko sąd mocy wyższej jest sprawiedliwy, a nie ten ziemski. Jeszcze raz podkreślę - mamy do czynienia z ponad czterdziestoletnią mangą, a temat zdaje się być wyjątkowo aktualny, chociażby w kontekście ostatnich filmów braci Sekielskich...

Stronę czynną reprezentuje Michio Yuki - najpaskudniejszy czarny charakter w historii komiksu. Nawet jeżeli wymieniacie teraz w myślach wszystkich tych jokerów, thanosów i innych freezerów, to nie znajdziecie nikogo, kto byłby w stanie dorównać temu czystemu, niepohamowanemu złu, a także jego ukazaniu, bo o ile najokrutniejsze zbrodnie autorzy zazwyczaj pozostawiają poza kadrami, o tyle Tezuka nie ma żadnych skrupułów. Już na jednej z pierwszych stron pokazuje zamordowane dziecko, a dalej są jeszcze uwiedzenie księdza, gwałty (w tym na kobiecie ze sparaliżowanymi nogami), pedofilia, szantaże, uwodzenie starszych pań i panów, doprowadzanie prześladowanych osób do samobójstwa, zamachy, manipulowanie młodymi idealistami, mnóstwo morderstw i ćwiartowanie, nadpalanie czy topienie zwłok, a do tego wątek polityczny i nadużywanie władzy.

 

Swoje motywacje Tezuka wyjaśnia w króciutkim posłowiu: Chciałem przedstawić przeróżne formy zła występujące w społeczeństwie ludzkim, takie jak przemoc, zdrada, gwałt, chciwość, hipokryzja, znieczulica społeczna, bierność, a ponad wszystko - zbrodnie polityczne. Najbardziej zaskakuje jednak kolejny akapit, gdzie padają słowa: W związku z tym czuję jednak duży niedosyt, ponieważ uwidocznił się tu mój brak zdolności snucia opowieści, co spowodowało, że skończyłem pracę, zanim przedstawiłem wszystko, co zamierzałem... I całe szczęście, że skończył, bo to wszystko, co zdążył przedstawić było już wystarczająco przytłaczające, by po lekturze zapragnąć długiego prysznicu i obmycia się z całego tego brudu. Nie wiem, co jeszcze Tezuka mógł mieć w planach, ale w moim odczuciu wszystko, co nie zahaczałoby o horror i przerysowanie, wszystko, co realne i do bólu rzeczywiste zostało przez niego ukazane w "MW".

Można by się zastanawiać, po co poświęcać blisko osiemset stron na coś tak paskudnego, co przecież mogłoby zainspirować do popełniania podobnych czynów, ale chociaż Tezuka stąpa po grząskim gruncie, nigdy nie traci równowagi i nie wpada w bagno samofascynacji własnym czarnym charakterem. Nie skłania się zresztą także w przeciwnym kierunku i nie uprawia moralizatorstwa. Istnienia zła jest wprawdzie uzasadnione traumą z przeszłości, ale nie jest poprzez nią usprawiedliwiane. Autor wychodzi raczej z założenia, że czyny przemawiają same za siebie, a czytelnicy i czytelniczki mają być ich świadkami bez dodatkowego komentarza.

 

Największym zaskoczeniem jest w tym kontekście właściwie jedyny moment, kiedy możemy złapać oddech i na chwilę przypomnieć sobie, że są na świecie także porządni ludzie. To strona czterysta trzydziesta druga, gdzie dziennikarka, która wykupiła zdjęcie księdza przyłapanego w gejowskim klubie rezygnuje z publikacji, deklarując przy tym: Proszę księdza, dziś homoseksualizm jest piętnowany chyba tylko w Japonii. Uważamy, że każdy ma prawo wolnego wyboru partnera. Tezuka może nieco przesadził z optymizmem, bo cztery dekady później w kraju w samym środku Europy wcale nie jest tak kolorowo z tolerancją i akceptacją odmienności, ale jego stanowisko jak na tamte czasy i tamto miejsce na mapie świata jest zaskakująco odważne. Ta jedna strona jest ważna także z innego powodu - jako że duchownego i mordercę łączy więź erotyczna, a obydwaj uosabiają zło, nietrudno sobie wyobrazić, że komuś mogłoby przyjść do głowy uogólnienie i dojście do wniosku, że wszystkie osoby homoseksualne są z natury zdeprawowane. Ten jedyny w całej mandze akt bezinteresownej dobroci przekreśla możliwość wysnucia takiej teorii.

Finezja, z jaką Tezuka podszedł do trudnego tematu jest godna podziwu i chociaż zdarzają się w "MW" wątki nie do końca przekonujące (na przykład tak skuteczne umiejętności w kamuflowaniu się Michio Yukiego, że szantażowany przez niego mężczyzna bez powątpiewania bierze go za rodzoną córkę; porwanie dygnitarza w kartonie albo dziwaczny mechanizm umożliwiający pozorowanie śmierci), narracja jest poprowadzona tak dobrze, jak po kimś określanym mianem "boga mangi" można by się spodziewać. Nawet poboczne postacie mają tożsamość i potrafią zaciekawić, co najlepiej widać na przykładzie prokuratora Meguro, błyskotliwego detektywa przypominającego L z "Death Note", z tym, że jego śledztwo w całości odbywa się poza naszym wzrokiem. Od czasu do czasu przedstawiane są nam tylko kolejne wnioski, podobnie zresztą jak głównym podejrzanym, bo to ich perspektywę scenariusz nakazuje obrać.

 

"MW" niewątpliwie przynależy do gekiga (najprościej tłumacząc, pomiędzy gekiga a mangą jest taka sama różnica, jak pomiędzy powieścią graficzną a komiksem), ale Tezuka nie zrezygnował ze swojego charakterystycznego, niemalże kreskówkowego stylu, który mógłby sugerować, że mamy do czynienia z pozycją skierowaną do młodszych czytelników. Trudno stwierdzić, na ile był to zabieg celowy, a na ile autor po prostu nie czuł się swobodnie z innym podejściem (chociaż zdarzają się rysunki na przykład zwierząt sporządzone z zaskakującą dbałością o detale i powagą), ale rezultat to wprowadzenie odbiorców w dyskomfort nie tylko na poziomie treści, ale również formy, bo mózg automatycznie dokonuje konwersji kadrów na coś, co powinno wywoływać przyjemne wrażenia, a później zderzamy się z kontrastem w wyjątkowo agresywnym wydaniu.

Ostatnia manga wydana w ramach długich i obfitujących w świetne premiery (chociażby "Magic Knight Rayearth", "Card Captor Sakura" czy "Opowieść o Białej Księżniczce") dwudziestych urodzin wydawnictwa Waneko to najlepszy prezent, jaki mogliśmy dostać (bo Waneko obchodzi urodziny tak, jak się to robiło w szkole - solenizant rozdaje słodkości, zamiast przyjmować podarunki). To nie tylko wyjątkowy tytuł w dorobku Osamu Tezuki, ale także wyjątkowy na polskim rynku. Ostateczny dowód na to, że manga może być skierowana także do dorosłych czytelników i pochłonąć złożonością postaci, relacji pomiędzy nimi czy fabułą z pogranicza thrillera i kryminału. Jednym zdaniem - pozycja obowiązkowa.


MW

Polska, 2020

Waneko

Scenariusz: Osamu Tezuka

Rysunki: Osamu Tezuka



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive