AEW: Double or Nothing 2020. Wrestling w czasach zarazy

All Elite Wrestling obchodzi pierwsze urodziny i był to rok niesamowity, pełen zaskakujących zwrotów akcji, zarówno tych zaplanowanych przez scenarzystów, jak i tych, których zaplanować nie mógł nikt, czyli przede wszystkim występów w pustych halach w konsekwencji globalnej pandemii. Jedno jest pewne - przez te dwanaście miesięcy AEW zdołało utrzymać tendencję zwyżkową.

Kto nie interesował się sceną indie czy nawet dowolnymi innymi federacjami poza wciąż dominującym, choć zmagającym się z coraz większymi trudnościami WWE, ten jeszcze rok temu nie miał prawa wiedzieć, kim są takie postacie, jak Darby Allin, MJF, Orange Cassidy czy Lance Archer. Teraz to jedne z najgorętszych nazwisk, a samo AEW ma oddanych fanów także w Anglii czy w Niemczech (w Polsce niestety nadal właściwie nie istnieje). Podsumowujące roczną działalność Double or Nothing to ukoronowanie sukcesu i jedno z najlepszych pay-per-view dekady. Głównym składnikiem tak znakomitego rezultatu jest natomiast niczym nieograniczona fantazja zapaśników, a także sprawującego pieczę nad nimi milionera, Tony'ego Khana.

 

Od statku pasażerskiego po stadion NFL
AEW jest jak Tom Cruise - nigdy nie przestają szukać coraz to wymyślniejszych sposobów na dostarczanie rozrywki i nie będzie zaskoczeniem, jeśli - podobnie jak Cruise - w końcu także wrestlerzy przeniosą się w komos. Wisienką na torcie drugiego Double or Nothing miała być natomiast walka dwóch wiodących frakcji - Inner Circle Chrisa Jericho oraz Elite Kenny'ego Omegi, Young Bucks, Hangmana Adama Page'a oraz niedawno dodanego do składu Matta Hardy'ego - i żadna z obietnic gwarantujących spektakularność tego wydarzenia nie była na wyrost.

Kiedy ostatnio widzieliście walkę wrestlingową na stadionie drużyny NFL? Albo zapaśnika wjeżdżającego do walki na koniu i goniącego swojego przeciwnika? Albo skok z bramki futbolowej? Albo walkę w basenie, w trakcie której zapaśnik trzykrotnie zmienia osobowość? Albo bójkę w barze z westernowym przeciągnięciem po ladzie i rozbijaniem butelek na głowie? Albo northern lights suplex powtarzany przez całą długość boiska (około dziewięćdziesiąt metrów)? To wszystko wydarzyło się w sobotę po raz pierwszy i jest elementem prawdopodobnie jedynej pozytywnej strony konieczności organizowania gal wrestlingowych bez udziału publiczności - możliwości montowania materiału z wcześniej nagranych walk i nadawania tym pojedynkom bardziej filmowego charakteru.

 

WWE także zrobiło z tego użytek w dwóch walkach tegorocznej, dwudniowej Wrestlemanii (The Undertaker kontra A.J. Styles i The Fiend konta John Cena) i wszystko wskazuje na to, że ten trend zostanie z nami na dłużej, a w konsekwencji zobaczymy jeszcze wiele śmiałych, szalonych pomysłów, które przy transmisji na żywo nie byłyby możliwe do zrealizowania. Poprzeczka zawieszona przez AEW może jednak jeszcze na długo pozostać zawieszona zbyt wysoko dla konkurencji. Nie do przeskoczenia dla wszystkich jest jednak brak fanów.

Gala na sali gimnastycznej
Nawet gdyby zorganizować galę w ogromnej hali, bez udziału publiczności będzie przypominać szkolną salę gimnastyczną. A nawet będzie przypominać ją jeszcze bardziej, bo skala pustej przestrzeni i echo uginających się po kolejnych suplesach desek urastają do rangi nieznośnego miazmatu. Między innymi z tego powodu federacja New Japan Pro Wrestling całkowicie zawiesiła działalność, a zarówno WWE, jak i AEW przeniosły się do mniejszych przestrzeni. Mogłoby się jednak wydawać, że skoro tak wiele osób siedzi w domach, to będą złaknione wrestlingowych zmagań, a jednak wyniki oglądalności pokazują, że to dziwne środowisko, w którym często na ekranie mamy tylko dwóch zapaśników, sędziego i kilku kamerzystów raczej odstrasza, zamiast przyciągać. Dopiero to naprawdę udowadnia, że patetyczne przemowy o istotności publiki i przekonywanie, że bez niej nie byłoby gwiazd pokroju Undertakera, Rocka czy Steve'a Austina nigdy nie było na wyrost.

 

AEW trzeba jednak oddać, że robi wszystko, by zachęcić widzów do wracania w każdą środę. W pustych halach debiutowali niedawno byli wrestlerzy stajni Vince'a McMahona - Matt Hardy i Brodie Lee (wcześniej znany jako Luke Harper), wczoraj debiutował także były mistrz federacji Impact - Brian Cage i dokonał tego w wielkim stylu, w znakomitej walce na drabinach. Na zdjęciach z zaskoczeniem możecie odkryć kilka nieznanych wam dotąd mięśni ludzkiego ciała, bo Cage to istna bestia, ale co najważniejsze, w AEW liczą się umiejętności i przy całej tej masie potrafi walczyć w widowiskowy sposób. Udowodnił to przede wszystkim ścierając się w sobotę z Luchasaurusem, zawodnikiem dorównującym mu gabarytami, ale zwinnym jak Bruce Lee. Casino Ladder Match wypadł jednak znakomicie przede wszystkim dlatego, bo splotło się tutaj kilka wątków fabularnych, a we wrestlingu właśnie to jest najważniejsze - nie reżyserowana bójka, tylko fascynujące historie, które nieraz potrafią ciągnąć się latami (wystarczy wspomnieć dziesięcioletnią opowieść o Kennym Omedze i Kocie Ibushim w New Japan Pro Wrestling).

Pasy mają znaczenie
Niby oczywiste, a jednak w WWE wiele pasów (których zgodnie z zarządzeniem McMahona pasami nazywać nie można... bo tak) straciło wartość. Przechodzą z rąk do rąk w niemalże przypadkowych okolicznościach, Brock Lesner zbiera dowolne z nich, kiedy tylko nie ma lepszego pomysłu na fabułę, a niektóre tytuły nie są bronione czy wspominane tygodniami. Pasy AEW są tego dokładnym przeciwieństwem, a w weekend walczono o trzy z czterech, w tym o zupełnie nowy - AEW TNT Championship.

 

Mistrzostwo mężczyzn, mistrzostwo kobiet, mistrzostwo drużynowe - to święta trójca i nikomu nie trzeba tłumaczyć, dlaczego akurat takie kategorie wybrano. Umotywowanie istnienia każdej kolejnej bywa jednak kłopotliwe, ale nie w tym przypadku. Wokół mistrzostwa stacji TNT zbudowano tak emocjonującą i pochłaniającą opowieść, że nikomu nie mogło przyjść do głowy narzekanie. Wydarzenia kręciły się wokół konfliktu Cody'ego Rhodesa z Lancem Archerem (któremu towarzyszył nadal niesamowity, ale już tylko przed mikrofonem Jake "The Snake" Roberts) i szybko zeszły na kwestie osobiste. To zresztą cecha szczególna Cody'ego, który jako doskonały "babyface" wie, jak konstruować dramaturgię. Kilka elementów tego starcia nie zażarło (prezentujący pas mistrzowski Mike Tyson okazał się zupełnie zbyteczny, a nawet nieco irytujący), ale dla właśnie dla takich emocji ogląda się wrestling.

Podobnie było w walce Hikaru Shidy z Nylą Rose, pierwszą transpłciową mistrzynią w historii wrestlingu oraz w walce Jona Moxley'a z Brodiem Lee - każda z nich miała odpowiednie tło i kontekst, który dodawał wagi i znaczenia. W zeszłorocznej relacji z Double or Nothing napisałem o zbyt przewidywalnych wynikach, o zwycięstwach wszystkich zapaśników, którzy byli zaangażowani w tworzenie AEW, co budziło skojarzenia z The Kliq - grupą zapaśników z połowy lat 90., którzy dominowali w WWF nie ze względu na umiejętności w ringu, a z powodu konszachtów poza nim. Teraz wiadomo już, że ten błąd nie zostanie powtórzony i o ile do starcia nie staje lokalny zapaśnik bez kontraktu, wynik często bywa trudny do przewidzenia.

 

All Elite Wrestling to najlepszy wrestling ostatnich lat
Kilka ogłoszonych rok temu planów nie wypaliło (współpraca z Oriental Wrestling Entertainment nie wykroczyła poza kilka walk z udziałem Cimy, El Lindamana i T-Hawka; nie udało się stworzyć żadnej interesującej historii wśród zapaśniczek), mniej doświadczeni zawodnicy i zawodniczki bywają niezgrabni w ringu, ale to drobiazgi w porównaniu z wypełnionymi obietnicami - zapaśnicy i zapaśniczki mają wolność w tworzeniu swoich ringowych osobowości, nie muszą recytować wymyślonych przez kogoś innego monologów (jak w WWE), ciosy kończące zazwyczaj mają ogromną wagę i naprawdę kończą pojedynki (aczkolwiek Cross Rhodes Cody'ego w ostatnim czasie wyraźnie "osłabł"), wygrane i przegrane wpływają na pozycje rankingach, a w dodatku konstruktywna krytyka fanów realnie wpływa na przeobrażania AEW i przede wszystkim dostaliśmy szereg niesamowitych, innowacyjnych pojedynków - czy to całą galę zorganizowaną na statku pasażerskim, czy chociażby sobotnie starcie na stadionie Jacksonville Jaguars. Jeżeli jesteście fanami wrestlingu, powinniście być więcej niż zadowoleni. Jeżeli wrestlingu dotąd nie oglądaliście i nie wiecie od czego zacząć, Double or Nothing 2020 może być idealnym początkiem.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive