Narrenwind - "I, Shaman"

75%

Wielu muzyków marzy o dokonaniu rewolucji, chce wywrócić świat do góry nogami. To dobre podejście, zmiany i ucieczki ze świata konwenansów są istotne, ale problem zaczyna się wtedy, gdy wymyślanie siebie na nowo staje się celem, a nie środkiem urozmaicającym muzykę. Z drugiej strony mamy całą zgraję składów wskrzeszających retro-trupa, które może są młode stażem, ale w głębi duszy nie różnią się niczym od dinozaurów rocka. Czy prawdziwie metalowy "I, Shaman" należy do którejś z tych kategorii?

Niekoniecznie. Najnowszy krążek Narrenwind w zasadzie potwierdza zasadę głoszącą, że trzecia płyta często okazuje się przełomem, swoistym opus magnum. Dlaczego w przypadku duetu z Oslo i Olsztyna tak się dzieje? Prawdopodobnie dlatego, że Evil wraz z Klimorhem skumulowali wszystkie swoje pomysły w jedno i okrzepli, nabrali do nich dystansu. Wyczuli, jak pisać numery wysokiej klasy bez jednoczesnych uszczerbków na szczerości i ucieczek w konformizm. "I, Shaman" jest kiczowaty, pod kątem rozwiązań kompozycyjnych trąci myszką, sprawia wrażenie niedzisiejszego, ale rzecz w tym, że te rzekome niedociągnięcia są tutaj największymi atutami.

 

Ojcowie tego projektu doskonale wiedzą, co robią i czują konwencję do tego stopnia, że nie wykrywam na tym materiale przypadkowości. Żadna melodia, żaden riff czy jakikolwiek fragment tekstu nie są wyrwane znikąd. Każdy wątek danego utworu jest należycie eksponowany, by później płynnie przejść w kolejny. Wysmakowane partie gitary prowadzącej budują nastrój utworu i jego dramaturgię, nie funkcjonują jako obligatoryjny dodatek napisany na kolanie. Wysłuchajcie solówki w "D.R.A.G.O.N." - to zwykły przelot po prog rockowych standardach, ale przy dobraniu odpowiednich składników tła uderza prosto w serce. Riff à la Tribulation razem z perkusyjnymi przejściami są dobrane tak trafnie, że aż głupio się nie uśmiechnąć i nie docenić udanego efektu.

 

Jeśli nie wierzycie, to już rozpoczynające album "The Boat That Takes You Away" otworzy wam oczy. W tym numerze dostajecie wszystko - od knajackiego heavy metalu po podwójną stopę w stylu wybitnie rycerskim. Tutaj nikt niczego się nie wstydzi, a wszelkie patenty, które powszechnie można by uznać za wstydliwe, akurat na tym wydawnictwie wysuwają się na pierwszy plan i właśnie one stanowią jego główną siłę.

 

Takich płyt z metalem w ostatnim czasie brakowało mi. Nie szalenie innowacyjnych, ale i też niekoniecznie zastygłych w przeszłości, tylko bezwstydnych do bólu. W Narrenwind swego rodzaju tupet odgrywa pierwsze skrzypce i nie pozostaje mi w tej sytuacji nic innego, jak tylko temu przyklasnąć.


Wheelwright/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive