Sweven: Moja psychika po nagraniu ostatniego albumu nie jest już taka sama

Pamiętam, że kiedy sześć lat temu Morbus Chron wydał drugi pełnoprawny album, byłem jego zawartością wręcz oburzony. Nagle muzyka Szwedów z death metalu wzorowanego na Autopsy przeistoczyła się w... No właśnie, w co?

Rozstrajający nastrój "Sweven" i mnogość nieprzystających do siebie rozwiązań kazały studiować go długimi miesiącami, aż w końcu zakochałem się bez pamięci, a niedługo potem zespół rozwiązał działalność. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - na początku bieżącego roku Robert Andersson, spiritus movens Morbus Chron, powołał do życia Sweven, by dalej przekazywać światu swoje frapujące muzyczne wizje. O tym i o trudach związanych z miłością do tworzenia opowiada nam w wywiadzie.

 

Łukasz Brzozowski: Zdarza ci się tęsknić za Morbus Chron?

Robert Andersson: Tęsknię za Morbus Chron tak samo, jak każdy tęskni za pewnymi etapami swojego życia z przyczyn czysto nostalgicznych. Mówię to, kładąc nacisk na najwcześniejsze lata naszej działalności pod tym szyldem, gdy wszystko było prostsze i beztroskie. Dodatkowo brakuje mi działania w jednym projekcie z Edvinem [Aftonfalkiem - gitarzystą Morbus Chron], ale zrobiliśmy wszystko, co razem zrobić mogliśmy.

 

Zapytałem o to, ponieważ na ostatniej prostej swojej kariery zaczęliście być coraz bardziej rozpoznawalni, a ostatecznie nagle rozwiązaliście zespół. Czyżby różnice na tle artystycznym między tobą a resztą były na tyle duże? "Sweven" w dużej mierze tylko przez ciebie...

Zakończyliśmy działalność ze sporym przytupem i nawet teraz, po tylu latach, jestem skłonny stwierdzić, że nie mieliśmy innego wyjścia. Chciałem penetrować jeszcze dziwniejsze i bardziej eksperymentalne rejony niż na "Sweven", przy czym Edvin wraz z premierą tej płyty osiągnął swój limit, jeśli o taki rodzaj twórczych poszukiwań chodzi. Poza tym, nie oszukujmy się, nikt nie myślał o Morbus Chron w kategoriach gwiazdy wielkiego formatu. Jasne, cieszyliśmy się nastrojem, jaki panował wewnątrz zespołu, ale gdybyśmy próbowali to pchnąć dalej, uwzględniając nasze odmienne cele, byłoby trudno.

"The Eternal Resonance" zawiera elementy pracy zespołowej, czy raczej mówimy o materiale zbudowanym głównie z twoich pomysłów?

Całość została napisana w znacznej mierze przeze mnie, ale muszę oddać Isakowi [Rosemarinowi - gitarzyście] i Jesperowi [Nyreliusowi - perkusiście], że gdyby nie godziny szlifowania materiału na sali prób, całość nie brzmiałaby dla mnie tak satysfakcjonująco. Wymienialiśmy się pewnymi zagrywkami i ideami, co nadało tej muzyce ostatecznego kształtu.

 

Jestem skłonny uznać, że "The Eternal Resonance" brzmi nawet śmielej od samego "Sweven". Miałeś taki zamiar podczas tworzenia?

Nie ustalam sobie żadnych zamiarów, celów i wytycznych, które muszę osiągnąć, by czuć się dobrze. Po prostu zaczynam grać, wychodzę z jakimś pomysłem i wszystko dalej dzieje się samo. Jeśli twoim zdaniem "The Eternal Resonance" brzmi odważnie i jest krokiem w przód w ramach mojej działalności artystycznej, to fajnie, ale nie działałem intencjonalnie nawet przez chwilę. Po prostu korzystam z tego samego warsztatu, w zgodzie z którym operuję od jakiegoś czasu i tak to wszystko się kręci.

 

Czy te wszystkie zawiłe patenty rytmiczne i mnogość motywów utrudniają napisanie zapamiętywalnego numeru? Potrzebowałem paru bardzo uważnych odsłuchów, aby w pełni zrozumieć "The Eternal Resonance".

Przede wszystkim chciałbym ci podziękować za poświęcenie temu krążkowi uwagi. Jak najbardziej rozumiem, że trzeba dać mu trochę czasu i mieć otwartą głowę, aby w pełni go ogarnąć. Co prawda dostrzegłem pewnych słuchaczy, którzy szybko zaprzyjaźnili się z tą płytą, ale dominujący procent jej odbiorców musiał się z nią dobrze oswoić. Szkoda, że nie mogę posłuchać jej znowu po raz pierwszy - to byłoby niezwykle ciekawe doświadczenie. Wracając jednak do twojego pytania, trudno stworzyć coś chwytliwego, używając środków, których używam ja. Mimo to, mogę spokojnie powiedzieć, że muzyka zapadająca mi w pamięć z reguły jest właśnie długa i wymagająca, więc różnie to bywa.

 

Jeśli dobrze pamiętam, docelowo "The Eternal Resonance" miało być trzecim albumem Morbus Chron. Nie stało się tak ze względu na wspomniane różnice pomiędzy tobą a resztą składu?

Zgadza się, chodziło o znaczne różnice pod kątem kompozytorskich priorytetów na linii Edvin - ja. On nie chciał ciągnąć tej wizji dalej, przy czym dla mnie to była jedyna z możliwych opcji. Założyliśmy Morbus Chron razem i uznaliśmy, że uczciwym będzie również zakończenie go razem. Pozostawiliśmy po sobie coś, z czego jesteśmy dumni, a że mój głód tworzenia stale rósł, stworzyłem Sweven, gdzie daję upust ambicjom i kreatywności.

 

Przerwa między "Sweven" a narodzinami Sweven wynosi sześć lat. Potrzebowałeś aż tyle czasu, żeby skompletować wszystkie swoje pomysły?

Ujmę to w ten sposób - miałem do czynienia z wyczerpującą kombinacją szalenie długiego procesu tworzenia i równie obszernego procesu nagrywania/miksowania materiału. Serio, żadna rzecz związana z formowaniem tego krążka nie przychodziła mi łatwo. Miałem w głowie koncept, który zakładał, że "The Eternal Resonance" musi być idealna, bez żadnych wyjątków i odpuszczania sobie różnych rzeczy. Było to tak absorbujące, że obecnie moja psychika nie jest taka sama jak wcześniej. Robiłem wiele przerw, dystansowałem się od tej muzyki, by potem do niej wracać i tak w kółko. Jasne, mogłem to zorganizować dużo lepiej, ale wyszło jak wyszło, a ja niczego nie żałuję.

"The Eternal Resonance" zostało wydane przez Ván Records, której włodarze doskonale rozumieją niekonwencjonalne podejście do metalu ekstremalnego. Mimo tego chciałbym dowiedzieć się, co spowodowało, że nie nawiązaliście ponownej współpracy z Century Media, tak jak w wypadku Morbus Chron?

Nigdy nawet nie zastanawiałem się nad kontynuacją współpracy z Century Media, ale od razu zaznaczę, że nie mam na ich temat niczego złego do powiedzenia. Traktowali nas świetnie i jestem im wdzięczny za to, że zdecydowali się na wydawanie naszej muzyki. Co ciekawe, Svena z Ván Records poznałem za sprawą człowieka, który opiekował się Morbus Chron w Century Media, czyli Philippa Schulte. Jak sam widzisz, tak naprawdę to oni wpłynęli na to, gdzie teraz jesteśmy.

 

Pamiętam, że w jednym z pierwszych wywiadów udzielanych jeszcze z Morbus Chron mówiłeś, że nie chcecie być kojarzeni z Nicke Anderssonem, który jest starszym bratem Edvina. Mimo to, w 2016 roku zdecydowaliście się na zagranie trasy z Entombed celebrującej legendarną "Clandestine". Czy podejmując taką decyzję nie zaprzeczyliście poniekąd samym sobie?

Nie powiedziałbym, że nie chcemy być kojarzeni z Nicke, to pewna nadinterpretacja. Gdybyśmy nie chcieli, nie zgłaszalibyśmy się po jego pomoc przy nagrywaniu debiutanckiej płyty i demówki. Spójrz na to z tej strony - we wczesnym okresie Morbus Chron był naturalnie kojarzony z postacią Anderssona właśnie z racji jego udziału w produkcji naszych pierwszych materiałów. No i pewnego razu doszło do takiej sytuacji, gdzie Edvin udzielał wywiadu pewnemu szwedzkiemu magazynowi, a lwia część pytań dotyczyła tylko jego brata, a nie zespołu. Po paru podobnych incydentach zaczęło nas to zwyczajnie męczyć. Później, gdy już staliśmy się rozpoznawalni w pewnych kręgach, temat prysł. Ja naprawdę doceniam Nickego. Możliwość grania tych koncertów z nim i resztą chłopaków z Entombed była dla mnie ogromnym przywilejem.

 

"Sanctum Sanctorum" - ostatni kawałek na "The Eternal Resonance" - zawiera chyba pierwsze śpiewane, a nie growlowane partie w twojej karierze. Nie czułeś się "nagi", decydując się na taki krok?

Nie przesadzałbym z tą nagością, ze względu na to, że mówimy o kawałku, gdzie nakłada się na siebie minimum pięć harmonii wokalnych. Oczywiście nie jestem piosenkarzem w tradycyjnym pojmowaniu tego słowa, ale jednak muzyka uwzględniająca chóry ma specjalne miejsce w moim sercu. Co więcej, uważam, że osoba, która nie ma wielkiego doświadczenia w śpiewaniu, a jednak tego próbuje, ma większą szansę stworzyć coś świeżego, ciekawego, fermentującego. Głos amatora jest w pewnym sensie unikatowy, szczery, a nawet jeśli zbijesz parę ścieżek jednocześnie, brzmi to autentycznie. Nie wiem, czy będę eksplorował te rewiry w przyszłości, ale uważam, że warto dać temu szansę.

 

Czujesz czasami pokusę, żeby pograć klasyczny, surowy death metal czy jest to rozdział życia, który masz za sobą?

Na pewno nie mam go za sobą i marzę, by nagrać płytę deathmetalową z krwi i kości. Właśnie szukam do tego ludzi, więc wypatruj ciekawej premiery w drugiej połowie tego roku. Może nie słucham tych klasycznych ekip bardzo często, ale wciąż darzę je szacunkiem, są częścią mojego muzycznego DNA. "Mental Funeral" i "Scream Bloody Gore" zawsze gwarantują mi konkretne ciarki na całym ciele.

 

Co sądzisz o młodszych formacjach, jak Jordablod czy Chapel of Disease, które także grają death metal, ale uciekają konwencjom i wiedzą o integralnym znaczeniu melodii w ramach tego gatunku? Uważasz, że Morbus Chron do spółki z Tribulation mogło przyczynić się do rozwoju takich formacji?

Przyznam szczerze, że nie miałem przyjemności posłuchać Jordablod bądź Chapel of Disease. Co do Tribulation, cenię ich właściwie od samego początku, mają wyrazisty styl, wpłynęli na wielu artystów. Czy Morbus Chron również? Nie potrafię tego stwierdzić. Byłoby dziwnym, gdybym próbował to zrobić, od tego są inni.

 

Bazując na statystykach Spotify, Sweven przez ledwie parę miesięcy swojej działalności może poszczycić równie dużym gronem fanów co Morbus Chron. Uważasz, że "The Eternal Resonance" może być kolejnym przełomem w twojej karierze?

Jestem niesamowicie zadowolony z odzewu. Mimo to, pozwolę sobie stwierdzić, że już samo nagranie tego albumu jest największym sukcesem. Staram się raczej nie zastanawiać nad tym, co o mojej muzyce mówią inni. Wolę skupić się na tworzeniu, a to, co dzieje się dalej, to już historia.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive