Błoto - "Erozje"

89%

Raczej go nie lubimy, choć zdarzają się przypadki, że spotkanie z nim wiąże się z przyjemnymi wspomnieniami. Zetknięcie się z błotem zwykle nie należy do przyjemności, a usuwanie lepkiej, brunatnej mazi z obuwia, tworzącej się w wyniku gromadzenia wody podczas wiosennych roztopów czy letniego lub jesiennego deszczu niejednokrotnie odstrasza.

No chyba, że jesteśmy właśnie na festiwalu, a brnięciu w nim po kolana towarzyszy doskonała atmosfera i świetna muzyka, jak w 2011 roku podczas Open'er Festival i pamiętnego, deszczowego koncertu Pulp. Tak się składa, że poza wakacyjnymi skojarzeniami z lepką mazią, błoto bardzo pozytywnie będzie się odtąd łączyć także z twórczością pewnego wrocławskiego zespołu.

 

Błoto rozpoczęło działalność dość przypadkowo pewnego deszczowego dnia 2018 roku. Stało się efektem przerwy w trasie koncertowej grupy EABS i narodziło się z potrzeby wspólnej improwizacji czterech członków kolektywu. Efektem jest spontanicznie nagrany, eklektyczny album, którego brzmienie oparto na połączeniu sekcji rytmicznej, instrumentów klawiszowych i partii saksofonu tenorowego.

 

"Erozje" to płyta, która wymyka się gatunkowemu szufladkowaniu - niby jazzowa, a jednak silnie odnosząca się do muzyki lat 90., wymagająca otwartego umysłu, a jednocześnie bardzo przystępna i dobrze zbilansowana. Muzycy zachowali równowagę pomiędzy improwizacjami a melodyjnością, dzięki czemu albumu słucha się świetnie już od pierwszego kontaktu i z każdym kolejnym odkrywa się jego tajemnice. To muzyka nieprzewidywalna, pozwalająca zaglądać w różne regiony - od dźwięków eksperymentalnych aż po pop czy hip-hop.

 

Jak przystało na nazwę grupy, jej kompozycje noszą związane z błotem tytuły, a co więcej, skrywają ważny przekaz. Poznawanie krok po kroku muzyki Błota to także świetna okazja, by przypomnieć sobie rodzaje i charakterystykę gleb, a także zwrócić uwagę na procesy w nich zachodzące, także te spowodowane destrukcyjną działalnością człowieka.

 

Muzyczna podróż rozpoczyna się od "Kałuż", w których melodia płynie niespiesznie, nieco sennie i tajemniczo. W "Madach" zmienia się dynamika - do pulsujących instrumentów klawiszowych dołącza partia saksofonu. "Czarnoziemy" i "Czarne Ziemie" to bardziej mroczna i niepokojąca, wyraźnie nawiązująca do hiphopowej stylistyki odsłona płyty. Sekwencje rapu zastępują tu partie dęte i klawiszowe. Na terytorium "Bagien" wprowadza słuchacza melancholijna partia fortepianowa, wsparta brzmieniem instrumentów perkusyjnych. Niemal metalową energią zaskakują natomiast "Rędziny". "Bielice" intrygują fortepianową improwizacją i pulsowaniem sekcji rytmicznej. Nostalgia i pustka są z kolei domeną "Ziemi zdegradowanych przez człowieka". Niepokój towarzyszy też słuchaczowi w "Glinie", pełnej przesterów, jęków syreny alarmowej i psychodelicznych szaleństw. Wyciszenie emocji przychodzi w refleksyjnych, końcowych "Glebach Brunatnych".

 

Zanurzenie się w "błotnych" dźwiękach wrocławskiej grupy nie powoduje urazu, staje się prawdziwą przyjemnością. To fajna przygoda, która zostaje w pamięci na długo i którą chce się przeżywać wielokrotnie. Latarnik, Wuja HZG, Cancer G i Książę Saxonii znaleźli złoty środek na połączenie przebojowości i wyrafinowania. Utwory budują spójną opowieść pełną kontrastów, stając się muzycznym pomostem dla fanów hip-hopu, którzy nie mieli dotąd styczności z jazzem, lub nie mogli się do niego przekonać.


Astigmatic Records/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive