Oranssi Pazuzu - "Mestarin kynsi"

Oranssi Pazuzu to idealny black metal na obecne czasy. Mają pomysł na siebie, są konsekwentni w działaniu, nie kopiują schematów. Co więcej, na swój status pracowali latami. To nie jest sezonowa sensacja, o której zapomnicie w ciągu tygodnia, już teraz są jedną z bardziej wyrazistych załóg w historii całego nurtu, a tegoroczny album - "Mestarin kynsi" - powinien to potwierdzić. Czy rzeczywiście tak jest? O tym dyskutuję z Bartoszem Cieślakiem (Noise Magazine, Violence Online), który gości na łamach Soundrive po raz pierwszy.

Łukasz Brzozowski: Po premierze "Värähteliji" Oranssi Pazuzu okrzyknięto wizjonerami black metalu i jednym z najbardziej wpływowych reprezentantów młodego pokolenia w tym właśnie nurcie. Ile z tych wzniosłych deklaracji pozostaje aktualnych dziś, gdy "Mestarin kynsi" od paru dni jest już dostępne? Albo inaczej, czy kiedykolwiek wspomniane deklaracje były trafne?

Bartosz Cieślak: To pytanie ma w sobie bardzo wiele tez, na przykład taką, że Oranssi Pazuzu grają black metal albo, że wciąż są "młodym pokoleniem" tegoż. Przede wszystkim o "wizjonerach" mówiło się już kilka lat wcześniej, na wysokości debiutanckiego "Muukalainen puhuu". To była naprawdę osobna i dziwna płyta, która niezbyt mieściła się w blackmetalowym gorsecie. Potem coś jakby przygasło - dwa kolejne albumy były niby dobre, ale mało kto dziś do nich nawiązuje i chyba mało kto o nich wspomina. Rzeczywiście "Värähteliji" było nowym otwarciem i zaszumiało szerzej niż cokolwiek, co Oranssi robiło do tej pory - pojawiły się występy na Roadburn, świetnie dobrana trasa z Cobalt, do której u nas dołączyła Entropia. Zaczęło się krystalizować zjawisko, które czerpie z black metalu, omija nurt hipstersko-postrockowy i sięga do psychodelii i hałasów. Jednak pytanie o "wpływowość" trochę wbija nas na minę. Pewnie nie byłoby zjawisk typu Skaphe albo albumu Mare Cognitum/Spectral Lore gdyby nie szlak wycięty przez Oranssi, ale to wciąż rzeczy niszowe. To rzeczywiście lider jakiegoś nurtu czy po prostu duża, dojrzała i oryginalna kapela, która nie brzmi jak cokolwiek innego?

 

Uważam, że tak naprawdę i jedno, i drugie. Oranssi Pazuzu grając oryginalnie, uciekając od klisz, stali się jednymi z liderów tego, co uznajemy za niekonwencjonalny black metal. Pytasz, czy w ogóle można wtłaczać ich w ramy tego gatunku, a moja odpowiedź brzmi - jak najbardziej. Obaj wiemy, że żadna inna odmiana metalu nie jest tak plastyczna pod kątem zmian i jednocześnie żadna nie obfituje w tak wielu przedstawicieli otwartych na eksperymenty. Pytanie tylko, czy "Mestarin kynsi" dalej pozostaje na orbicie eksperymentowania i oryginalności, czy jednak mówimy o pewnej schematyczności tej muzyki?

Patrząc na to w ten sposób, to zgoda. Oranssi Pazuzu nie jest może najbardziej okultystycznym zespołem świata, ale ma w sobie ten pierwiastek muzyki z innego wymiaru, który dla mnie odróżnia blackmetalowy feeling od innego granka na gitarce, więc w tym sensie też są bytem blackmetalowym. Co do drugiej części pytania, Oranssi Pazuzu jest "eksperymentalne" i "oryginalne" na tle black metalu czy metalu w ogóle. Na tle swojego dorobku już chyba nie, bo dostaliśmy to, czego się z grubsza spodziewaliśmy, to znaczy blackmetalowy krautrock, zakwaszony spacerock, który jak by nie patrzeć, był już na "Värähteliji". Ale w ogóle mnie to nie boli, bo nie wiem jak ty, ale ja "Mestarin kynsi" przyswajam znakomicie i zdarza mi się słuchać jej na przykład dwa razy z rzędu.

 

Wywiad z Oranssi Pazuzu z kwietnia 2017 roku: "Nie musieliśmy iść na żadne kompromisy"

 

Mam już trochę odsłuchów tej płyty za sobą i nie do końca wiem, co o niej sądzić. Niby wszystko tu gra, niby każdy numer jest świetnie zaaranżowany plus atmosfera jak zwykle, czyli muzyczny odpowiednik topienia się w bagnie, a mimo to dostrzegam podobny przypadek, co w kooperacji z Dark Buddha Rising, czyli Waste of Space Orchestra - gdzieś zginął ten pierwiastek niepokoju, zaskoczenia i to mi zgrzyta. Czuję się tak, jakbym słuchał muzyki z generatora patentów Oranssi Pazuzu. Jestem nawet gotów stwierdzić, że tegoroczny krążek Finów brzmi nie jak kontynuacja, a zbiór odrzutów z poprzedniczki. Nowości zbyt wielu nie wyczuwam, przewidywalnych podobieństw już tak.

Cóż, wedle gustu i potrzeb. Ja w tę płytę wsiąkam i czuję, że wszystko siedzi na swoim miejscu. Trans jest transem, a nie jakąś nieczytelną rzeźbą w ućpanym jam session. Album jest albumem, ma dramaturgię, rozwinięcie i zakończenie. Doskonałe zakończenie. Piosenki są piosenkami i nawet trwając parę minut, mają motywy, które kleją się do mózgu. Swoje robi kontekst - płyta numer pięć, formuła okrzepła, już powinno się robić naprawdę mętnie, a tu taki cios. Estetycznie rzeczywiście nie będzie rewolucji, ale w moim odczuciu transowość krautu i metalu z piekła wreszcie osiągnęła pełną spójność. Rozumiem zarzuty, ale zobacz, jak ta muzyka się zmieniła choćby od czasu debiutu. Ten statek ciągle leci i omija galaktyki progrocka. Jeśli nie tu, to gdzie byś ich widział?

 

Nie próbuję powiedzieć, że Oranssi Pazuzu powinni zaliczyć ostry zakręt estetyczny i zacząć grać black metal zmieszany z reggae. Chcę raczej zaznaczyć, że dostrzegam pewne... wyczerpanie formuły w ramach tego, co dzieje się z ich kompozycjami od czasów Waste of Space Orchestra. Jasne, wymieniasz różne składowe krążka i od strony teoretycznej wszystko gra. Do tego subiektywnie widzę tu masę dobrych założeń - które zdążyły się wykrystalizować na przestrzeni lat działalności kapeli - ale problemem jest ich realizacją. Dostajemy trans, dostajemy dziwaczne riffy, nietypowe harmonie, dużo grozy, a jednak - co pewnie jest kwestią indywidualnej preferencji - "Mestarin kynsi" brakuje jednej rzeczy - swoistego nerwu, pewnej emocjonalności, która bucha na wszystkie strony. Te cechy były wyeksponowane całkiem obficie na "Värähteliji", a na najnowszej płycie już nie. Spójrz nawet na Alcest, który tworzy na zupełnie przeciwległej flance, ale obydwa zespoły łączy postawa "gramy dla siebie, nie dla was". Ich ostatnie wydawnictwo to wciąż bardzo duża rzecz, właśnie ze względu na to, że nawet w ramach tak wtórnej już stylistyki jak blackgaze oni wciąż potrafią zaskoczyć czymś nowym, złożyć numer ze znanych wcześniej pomysłów, ale jednak inaczej. Oranssi Pazuzu popada w monotonię, przez co ich statek dalej faktycznie leci, ale już nie przez różne galaktyki, a raczej wszystkie jak dotąd zwiedzone.

Rozbierając to na czynniki pierwsze - owszem, Oranssi Pazuzu okrzepło we własnym pomyśle na siebie. Może to początek końca, którego jeszcze nie widzimy, a może domknięcie etapu, które zaowocuje jakimś godzinnym kolosem na pełnym kraucie, który już dla nikogo nie będzie czytelny? Nie wiemy. Alcest uciekł z gatunku, który sam wymyślił i pozostawił w tyle epigonów. Oranssi Pazuzu nie za bardzo ma jeszcze skąd uciekać i konkurencją są najwyżej sami dla siebie, ich uczniowie są dopiero w podstawówce. Może się okazać, że właśnie osiadają na laurach samozadowolenia, ale stan na 2020 jest taki, że robią coś, co jest mi bardzo bliskie. Jeśli wkrótce okaże się, że to ostatnie dni tej miłości - niczego nie żałuję.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive