Malokarpatan - "Krupinské ohne"

85%

Lubicie niespodzianki? Te wszystkie sytuacje, gdy po marnym dniu spotyka was coś miłego? Znajdujecie dychę w starym płaszczu, a może wygrywacie w internecie potyczkę z kimś, z kim nie myślelibyście, że kiedykolwiek ją wygracie. Słowem - same przyjemne sprawy, które wyszły zupełnie znikąd. Dokładnie w taki sposób doszło do mojego zakochania w Malokarpatan.

Zanim jednak obrączki, ślub i wesele w słowackim lesie przy ognisku z kiełbaskami, warto przejść do pewnej refleksji. Tak naprawdę nigdy wcześniej tych dżentelmenów nie darzyłem sympatią. Ot, miałem ich na radarze, widziałem pochwały kolegów odnośnie propozycji muzycznej zespołu, ale to na tyle. Ceniona "Nordkarpateland" nie wzbudziła we mnie niczego, podobnie debiut. Tutaj mamy jednak do czynienia z testem trzeciej płyty. Warto dodać, że zdanym na szóstkę z plusem.

 

To nie jest tak, że Malokarpatan jakoś się zmienili, że "Krupinské ohne" wyróżnia się na tle swoich poprzedników szeregiem zmian stylistycznych. Nic z tych rzeczy. Ta banda przyjemniaczków prosto z Bratysławy wciąż gra zgodnie ze swoimi własnymi zasadami i założeniami. Jest więc chamsko i do przodu. Black metal pierwszej fali przecina się z bezwstydnym heavy metalem, a całość spina wyczuwalny między wierszami punk. Co więc spowodowało, że trzeci krążek tej ekipy ma w sobie tyle dobroci?

 

Pozwolę sobie stwierdzić, że wszystko rozbija się o znacznie lepiej napisane numery, niż to w przeszłości bywało. Wszystko, czego brakowało mi na dwóch pierwszych albumach, znajduje się właśnie na tym trzecim. Styl zespołu jest wycyzelowany, dopieszczony, a płyta nie nudzi nawet przez moment. Sekretem tego wydawnictwa jest świetne połączenie tych elementów. W riffach postawiono wyraźną granicę pomiędzy przaśnością heavy metalu a mrokiem i ciężarem. Wokalnie dostajemy ładne przeskoki z typowo blackmetalowej konwencji do rozbrajających chórków i zawodzeń. Numery może i są długie (najkrótszy zamyka się w prawie siedmiu minutach), ale pomysłów w nich tyle, że starczyłoby jeszcze na parę innych materiałów. Co najważniejsze, wszystko to jest... za krótkie. Każdy ciekawy patent, każdy smaczek zespół prezentuje wyłącznie na chwilę. Zabieg ten dowodzi, z jak dojrzałymi kompozytorami mamy do czynienia. Gdy już coś się nam spodoba, następuje zakręt w inną uliczkę, eksploracja kolejnego motywu, jeszcze inna wariacja wcześniejszego patentu.

 

Co istotne, Malokarpatan - mimo wielowątkowości - wciąż przemyca słowiański folklor do swoich piosenek. To element budzący największy podziw na "Krupinské ohne". Mówimy w końcu o szerokiej prezentacji jarmarcznych brzmień klawisza tu i ówdzie czy chociażby bajkowym intro w inaugurującym numerze. Znów zauważalne jest jednak podejście do wszystkiego z głową i klasą. Ci panowie doskonale wiedzą, jak dawkować pomysły i kiedy obrać inny kierunek, by słuchacz się nie znudził. Czapki z głów.

 

Kto mógłby pomyśleć, że jeden z najlepszych tegorocznych strzałów w kategorii "metal" przyjdzie akurat ze słowackiego lasu? Malokarpatan przemyśleli wszystko, co trzeba, napisali komplet świetnych numerów, a my dostaliśmy tak przyjemną rzecz, jak "Krupinské ohne". Słuchajcie, bo warto.


Invcitus Prod./2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive