Henry Rollins, "Get In The Van" czterdzieści lat później

Napisać, że Henry Rollins jest postacią barwną, to jak napisać, że woda jest mokra. Muskularny lider Black Flag o języku ostrym jak nóż z okładki "My War" z niejednego pieca chleb jadł i niejedno w życiu widział, a jego opus magnum w zakresie słowa pisanego to bezapelacyjnie "Get In The Van" - seria dzienników z tras Black Flag, w których krok po kroku i słowo po słowie opisał, jak wyglądało życie w drodze. Nie ma tutaj ani słowa o wielkich podróżach z prywatnymi odrzutowcami i wannami szampana - to pięć lat z życia według etosu DIY.

Komu dane było "Get In The Van" przeczytać, ten doskonale wie z jakimi problemami borykały się zespoły - monotonia podróży, często wroga publiczność, konflikty zewnętrzne, wypalenie i złość. A jednak świat się zmienia, pędzi na przód. Henry Rollins nie jest już wściekłym dzieciakiem, który pisze to, co mu ślina na język przyniesie i rzuca mięsem na lewo i prawo - jest już starszym mężczyzną (który mimo wszystko wciąć pisze to, co mu ślina na język przyniesie i rzuca mięsem na lewo i prawo). Od czasów, kiedy Black Flag zjeździło całe Stany Zjednoczone i pół Europy w wiecznie psujących się busach minęły cztery dekady. Zmieniły się realia sceny, zmieniły się tendencje muzyczne, sposoby działania klubów, jakość samochodów - świat nie stał miejscu. Naturalną więc koleją rzeczy, postanowiłem wziąć DIY touring na warsztat i sprawdzić, na ile jest dzisiaj aktualna książka Henry'ego Rollinsa i skonsultować to z muzykami, którzy również swoje w życiu zagrali i robią to obecnie - na spytki wziąłem członków Traumy, Terrordome i Nuclear Holocaust.

Terrordome

Najważniejszy czynnik się nie zmienia - czekanie i dojazdy. W książce Rollinsa miażdżąca część opowiada właśnie o tym - siedzeniu w busie i monotonii odwiedzania identycznych miast, celem grania w identycznych klubach, dla praktycznie bliźniaczych sobie ludzi, a przed koncertem i po nim niszczenie sobie zdrowia i kondycji na targaniu ciężkich gratów. Pomimo upływu prawie półwiecza, nasi "biegli" zapytani o to, co jest najgorsze w graniu tras odpowiedzieli jednomyślnie i potwierdzając tezę Rollinsa. Lider Terrordome, Uappa, stwierdził: W trasie jakieś osiemdziesiąt procent to czekanie na swój gig. Trasa to dźwiganie tych ciężkich wzmaków, kolumn, set-up na scenie, ciągła podróż w niewygodnej pozycji. Jedzenie byle czego ze stacji oraz znoszenie humorów innych. Trzeba to lubić. Radek, bębniarz Nuclear Holocaust i HIV doszedł do podobnych wniosków, jego zdaniem najgorszym elementem jest bezczynność przez większość czasu. Świetne towarzystwo, nawet komfortowe warunki podróży, nawet dobre spanie, a jednak lwią część całej eskapady spędzasz na fotelu samochodu/vana, rozmyślając, co można by innego robić w tym czasie. Czekasz wiele godzin w klubie - czy na swoją kolej, czy na zakończenie imprezy, żeby móc spakować graty i położyć się spać na przykład o drugiej w nocy. Wszystko po to, żeby zagrać półgodzinny set. Biorąc pod uwagę to, że zwykle uda ci się zobaczyć jedynie parking przed klubem i najbliższy sklep/bar z jedzeniem, fakt, wszystkie miasta są podobne. Ludzie, kluby - pewnie. Wokalista Traumy, Chudy, za to krótko i dosadnie podsumował: Czekanie to chyba najgorsza rzecz na trasie. Mówimy tu o dojazdach, kolejności na scenie i tak dalej. Możesz wziąć na trasę bibliotekę i cysternę wódki, a i tak od tego nie uciekniesz.

Trauma

Drugim aspektem książki, w którym Rollins pozbawiony był absolutnie jakichkolwiek skrupułów byli ludzie. Znajomy dziennikarz muzyczny stwierdził, że "Get In The Van" powinno być sprzedawane jako podręcznik instruujący, jak znienawidzić wszystkich wokół. Tyczy się to zarówno innych zespołów, z którymi dzielono scenę (lider Black Flag wieszał psy zwłaszcza na Chelsea, którzy potrafili go obudzić w środku nocy kopniakiem w żebra), jak i promotorów czy publiczność, ale przede wszystkim członków własnego zespołu i tarć związanych z odsiadką w vanie, którego metraż był mniejszy od celi więziennej, a atmosfera pewnie jeszcze gorsza. Oberwała zwłaszcza Kira Roessler, basistka Black Flag, dla której Rollins był tak bezwzględny, że w posłowiu do wydania książki z 2004 zawarł swego rodzaju przeprosiny. W tych kwestiach goście artykułu byli jednak nieco bardziej rozbieżni. Z jednej strony mamy Uappę, twierdzącego, że tylko w codziennym życiu możesz sobie powybierać, z kim się zadajesz, a z kim nie. W zespole jest inaczej, bo nie powiesz ziomkowi, który się zmienia lub działa ci na nerwy, żeby spadał. Łączy was coś więcej niż relacja, bo macie wspólne plany, gigi, płyty i tak dalej. Trzeba często schować honor do kieszeni, zacisnąć zęby, pójść na ustępstwo i dogadać się oraz Chudego, według którego tarć nie da się uniknąć choćbyś był mistrzem zen. Po jakimś czasie kwestia ciągłego przebywania w męskim gronie na małej przestrzeni robi się nieznośna. Jeśli dodasz do tego źle zagrany koncert, to afera murowana. Z drugiej jest bardziej stonowany Radek i jego opinia: Jedź z właściwymi ludźmi, wszystko będzie dobrze. Pewnie, po powrocie trzeba od siebie odpocząć... do następnej próby. Wystarczy. Jeśli nie działasz z właściwymi osobami lub sam taką nie jesteś, nawet te cotygodniowe spotkania na sali będą udręką. Wspólne granie to wybór, nie konieczność.

Nuclear Holocaust

Kwestia warunków finansowych jest tym, co najbardziej się zmieniło. Nie mam na myśli tego, że muzycy zarabiają lepiej - co to, to zdecydowanie nie! Zmieniło się podejście. Coraz mniej jest dzisiaj zespołów typu Black Flag, które poświęcają wszystko i stawiają los na jedną kartę, nawet nie odnosząc przez lata gratyfikacji finansowych. Wydaje się, że coraz więcej profesjonalnych muzyków łączy obecnie granie z taką czy inną codzienną pracą, co przekłada się na więcej dystansu, jak na przykład u Radka twierdzącego zdroworozsądkowo, że beznadziejne warunki finansowe - tak, ale frustracja? Jeśli granie to hobby, a nie forma zarobku, nie patrzysz na to. Mając świadomość, że organizator koncertu sam staje na głowie, żeby wyjść na zero, docenisz zwrot za paliwo, nocleg i talerz z jedzeniem. Kwestia nastawienia.

 

Czy więc coś zmieniło się od czasów opisanych w "Get In The Van"? I tak, i nie - monotonia i spędzanie połowy życia w busie to element niezmienny, niczym grymas na twarzy przy poniedziałkowym budziku. Zespoły dalej będą odchodzi od zmysłów, czekając na swoją kolej, plecy dalej będą boleć w związku z wagą przeciętnego Ampega a garstka ludzi pod sceną dalej nie będzie umożliwiała utrzymanie się. Jednocześnie czuję, że trochę zmieniło się podejście, chyba nauczeni historią prekursorów sceny wszyscy daliśmy na luz. Wiadomo, Henry Rollins nigdy nie przebierał w słowach i był równie subtelny, co nokaut Mike'a Tysona, ale patrząc na opisane sytuacje i reakcje innych ludzi, nie da się uciec od myśli, że to, co zmieniło się najbardziej to zdrowy dystans. A trasy same w sobie? Jak podsumował Uappa: Trasa jest trochę jak alkoholizm lub gambling, tylko ciężej w nią wejść. Jak już zagrasz swoje, masz ochotę na więcej, to po prostu uzależnienie, tylko w trochę lepszej formie.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive