Rosalie.: Chciałam wyjść z ciągłego narzekania i dobrze się bawić

"IDeal" - drugi album Rosalie. - ukazał się w niełatwym momencie, epidemia uniemożliwia promowanie nowego materiału na trasie koncertowej, ale podobnie jak od tych dziesięciu utworów bije optymizmem, tak i pogodne myśli nie opuszczają ich autorki. Przy okazji premiery "IDeal" rozmawialiśmy o życiu w kwarantannie, odnajdywaniu pewności siebie, a nawet o planach na trzeci album.

Jarosław Kowal: Zazwyczaj to dość kurtuazyjne pytanie na rozgrzewkę, ale akurat taki mamy niespokojny czas, że warto zupełnie na poważnie zapytać, jak się czujesz?
Rosalie.: Czuję się bardzo dobrze, trochę jak na wakacjach. Nigdy wcześniej nikt mi nie dał urlopu tuż przed premierą płyty [śmiech]. Siedzę w domu, nigdzie właściwie nie wychodzę, odpoczywam.

 

Nie ma dobrego czasu na wybuch epidemii, ale dla ciebie akurat ten moment chyba jest wyjątkowo kłopotliwy, bo w piątek ukaże się twój drugi album. Pewnie więcej ludzi zostanie w domu i przesłucha go na Spotify, ale z drugiej strony z organizacją koncertów z tygodnia na tydzień będzie coraz trudniej.
Tak to będzie pewnie wyglądało, ale nie jestem w stanie zatrzymać rozwoju wydarzeń. Będziemy cisnąć z koncertami wtedy, kiedy będzie się dało i nikogo oczywiście nie zamierzamy namawiać do przychodzenia na nasze koncerty w tak trudnym czasie. Podchodzę do tych wydarzeń tak, że dostaliśmy teraz wszyscy trochę czasu dla siebie. Wszyscy zwolnili i od dawna nie było momentu, kiedy każdy z nas mógł posiedzieć w domu z rodziną. Przestałam się tym martwić.

Teksty na nowym albumie dotyczą szukania równowagi pomiędzy życiem prywatnym a pracą artystyczną, myślisz, że w najbliższych dniach trzeba będzie szukać tej równowagi na nowo?
Należę do osób, które lubią spędzać czas w domu i lubią leniuchować. Ta sytuacja nie jest czymś, co mogłoby sprawić, że będzie mi trudniej. Raczej to, co dzieje się poza domem może być kłopotliwe - duże ilości wywiadów, klipy, sesje zdjęciowe, jakieś eventy, do tego koncerty i trasa. To znacznie trudniejsze niż spędzanie czasu w domu. Na pewno tęsknię za występami, bo od dłuższego czasu nie grałam koncertów. Zaczęliśmy już próby, byliśmy nastawieni na wyjście na scenę i dobrą zabawę, ale nagle zostaliśmy powstrzymani. Pociesza mnie tylko to, że ta sytuacja dotyczy nas wszystkich. Każdy artysta czuje się w niej tak samo jak ja.

 

Zaczęliśmy ponuro, ale "IDeal" to raczej pogodny album, a skoro jest rozrachunkiem z ostatnimi dwoma latami nieustannego koncertowania, to chyba dobrze wspominasz ten czas?
Bardzo dobrze. Ostatnie dwa lata spędziłam w dobrym towarzystwie, zagraliśmy masę koncertów i na pewno moje życie bardzo się zmieniło od czasu wydania pierwszego albumu. Zależało mi na tym, żeby tę pozytywną energię przekazać ludziom i żeby zaskoczyć ich tym, że nie nagrywam tylko melancholijnych piosenek, ale potrafię też porwać do tańca. Taki był zamysł na tę płytę - wyjść z ciągłego narzekania i dobrze się bawić.

 

Jeszcze kilka lat temu kiedy w wywiadach pytałem kobiety zajmujące się muzyką o doświadczenia z tras, często padały bardzo gorzkie słowa, zazwyczaj związane z nie najlepszym traktowaniem przez ekipy techniczne czy innych artystów. Ale to już chyba prehistoria?
Ja się czuję świetnie w trasie. Jestem zawsze w towarzystwie mężczyzn - i moi muzycy, i mój manager, i zazwyczaj kierowca to mężczyźni. Myślę, że nauczyłam zespół tego, że należę do osób spokojnych - nie ma u nas imprezowania do rana, po koncercie grzecznie wracamy do hotelu, spędzamy ze sobą trochę czasu i idziemy spać. Jest u nas pełna kulturka i nawet jeżeli pojawiają się "męskie żarty", to wprowadzają dobrą energię do naszego towarzystwa.

A zdarzały się momenty kryzysowe, kiedy zaczynałaś wątpić, czy naprawdę chcesz zajmować się muzyką na pełen etat?
Były takie momenty, ale ponad dwa lata temu. Znalazłam się w sytuacji wyboru pomiędzy pracą na etacie a nagrywaniem płyty. To był bardzo trudny okres, nie miałam żadnych oszczędności, żeby pozwolić sobie na brak pracy przez trzy tygodnie i nagrywanie album z poczuciem, że nie zaszkodzi mi to finansowo. Postawiłam na jedną kartę i nie żałuję, obecnie dobrze mi się żyje. Akurat teraz jest trochę trudniejszy okres i nie wiadomo co to dalej będzie [śmiech], ale na co dzień jestem zadowolona z tego, że poświęciłam wszystko muzyce.

 

Określiłaś "IDeal" jako poszukiwanie twórczej tożsamości, a czy według ciebie można rozdzielić czyjąś twórczość od tożsamości tej osoby? Wydaje mi się, że to może być szczególnie trudne w przypadku takich postaci, jak Michael Jackson, Morrissey czy Gary Glitter, którzy nagrywali wspaniałą muzykę, ale niekoniecznie byli wspaniałymi ludźmi.
Od samego początku bardzo dbam o to, żeby być naturalną i szczerą wobec moich odbiorców. Wydaje mi się, że każdy mógł poznać mnie taką, jaka jestem w rzeczywistości, ale w pewnym momencie zauważyłam, że ważne jest rozdzielenie tych dwóch światów. Zacieranie ich jest bardzo niebezpieczne, dochodzi wtedy do takich momentów, kiedy na scenie jesteś totalnie pewną siebie osobą, potrafisz zejść do publiczności i przytulać się z fanami, a na co dzień masz blokadę i nie potrafisz być tak bardzo otwartą osobą. To są dziwne i czasami niezrozumiałe mechanizmy. Przy "IDeal" zależało mi na tym, żeby pokazać te dwie strony. Taką zwyczajną Rosalie i tę, która występuje jako wokalistka. Dobrze mi to zrobiło. Ważne jest dbanie o prywatną stronę i niepokazywanie wszystkiego, bo później mogą z tego wynikać różne nieprzyjemności.

Przed wyjściem na scenę musisz się przygotowywać, żeby wejść w rolę tej "publicznej" Rosalie?
Wydaje mi się, że zawsze jest z piętnaście minut przed koncertem, kiedy z nikim nie rozmawiam i przygotowuję się do wyjścia. Po kilku głębokich wdechach jestem w stanie wyjść na scenę i wszystko zmienia się w momencie, gdy zaczynam śpiewać. Zapominam wtedy o czymkolwiek innym, jestem w roli. Pierwsze słowa wypowiedziane do mikrofonu wprowadzają mnie w ten inny świat, ale po koncercie nie potrzebuję czasu, żeby dojść do siebie czy coś w tym stylu. To nadal jestem ja. Ale na pewno z dużą łatwością przychodzi mi transformacja w tę silniejszą wersję siebie.

 

Przed tą rozmową też przechodziłaś taką transformację czy rozmawiam z tą "codzienną" Rosalie?
Przed chwilą rozmawiałam na Skypie z przyjaciółką ze Szwecji, siedzę teraz na łóżku w dresie [śmiech], ale myślę, że rozmawiasz i z jedną, i z drugą Rosalie. To nie są dwie zupełnie inne postacie, to jestem ja, ale czasami po prostu wcielam się w pewne role. Cieszę się, że mogłam poznać drugą wersję siebie, dodaje mi dużo powera. Ta pewność siebie budowana na scenie jest mi bardzo potrzebna, dzięki temu lepiej łapię kontakt z innymi, potrafię pokazać swoje ciało i tak dalej.

 

Odwaga była potrzebna też do tego, żeby częściej śpiewać w języku polskim? Na pewno większość twoich słuchaczy doskonale rozumie angielski, ale przy utworach śpiewanych w języku obcym łatwiej można się wyłączyć i nie zwracać uwagi na treść.
Bardzo długo z tym walczyłam. I na mojej EP-ce, i na pierwszym albumie chciałam, żeby angielski był obecny, ale tym razem zmieniłam myślenie. Od razu zaczęłam z nastawieniem, że chcę zrobić polską płytę, ewentualnie z jakimś numerem po angielsku. Zauważyłam ten mechanizm, że ludzie bardziej utożsamiają się z tym, co jest śpiewane w języku, który dobrze znają i potrafią to też zaśpiewać. Zauważyłam też, że lubię śpiewać po polsku i kiedy udało się dostosować teksty do muzyki, którą tworzę, już mnie ten język aż tak bardzo nie raził. Wcześniej słuchałam dużo zagranicznej muzyki i rzadko coś polskiego zachwycało mnie, ale teraz to się zmieniło. Nie wyobrażałam sobie wcześniej r'n'b czy soulu śpiewanego po polsku, ale siostry z Sistars były dobrym przykładem na to, że takie coś może z powodzeniem funkcjonować.

Przy okazji "Flashback" pojawiały się głosy, że powinnaś próbować sił na Zachodzie, tym razem może pojawić się wrażenie, że będzie to jeszcze trudniejsze. Ja mam z kolei takie podejrzenie, że właśnie śpiewanie w "egzotycznych" językach może obecnie zwiększać szanse na zaistnienie zagranicą, coraz popularniejsze są przecież chiński hip-hop, śpiewająca po hiszpańsku Rosalía, nie wspominając nawet o koreańskim popie. Myślisz, że publiczność na całym świecie ma już trochę dosyć języka angielskiego i wcale nie musi rozumieć, o czym dokładnie śpiewają ulubieni wykonawcy?
Mam nadzieję, że tak właśnie będzie [śmiech], ale na pewno nie zrezygnuję ze śpiewania po angielsku. Gdzieś tam na boku zawsze będę tworzyła w tym języku, bo to jednak otwiera więcej możliwości. Na moim ostatnim koncercie we Francji polski nie był jednak żadną barierą, ludzie byli w stanie powtórzyć słowa do piosenki "Spokojnie". Na pewno obudziła się na rynku duża otwartość językowa i kto wie, w jakim kierunku to pójdzie. Trudno przewidzieć, czy ludzie zaczną chcieć słuchać języka polskiego, mimo że podobnych przykładów z zagranicy rzeczywiście jest dużo. Słucham chociażby Rosalíę, chociaż hiszpańskiego totalnie nie rozumiem. Uwielbiam tę muzykę i jej brzmienie.

 

A rozważasz wydanie "IDeal" w języku angielskim?
Tylko wersja polska! Chciałbyś słuchać tego wszystkiego jeszcze w wersji angielskiej? [śmiech] Cały album jest wprawdzie spisany w języku angielskim, ale nie myślę o tym, żeby nagrywać go w takiej wersji.

Tym razem postawiłaś też na współpracę w studiu z trzema dodatkowymi osobami - był okres docierania się czy od razu znaleźliście wspólny język?
Na szczęście już się znaliśmy, więc wiedziałam, z kim mam do czynienia. Z początku było to dla mnie dziwne, bo dotąd działałam tak, że dostawałam bit i pod ten bit tworzyłam melodię. Tym razem uczestniczyłam przy całym procesie tworzenia, dzięki czemu te utwory są bardziej moje, miałam możliwość powiedzenia, czy jakieś brzmienie mi się podoba, czy nie. Dochodziło do różnych sytuacji, czasami byliśmy już zmęczeni, czasami byliśmy bardzo zadowoleni albo ktoś miał zły humor. Powstawały z tego różne emocje i okazało się to bardzo ciekawym doświadczeniem. Ta płyta sprawiła, że zmieniłam nastawienie do tworzenia muzyki - teraz zdecydowanie wolę siedzieć z kimś w studiu, a nie działać wyłącznie przez internet. Możliwości są wtedy znacznie większe.

 

Wspominałaś, że ten album powstawał w trakcie trasy z wcześniejszym materiałem - czy to znaczy, że dosłownie zdarzało ci się przed albo po koncercie notować pomysły w hotelowym pokoju, czy to było w tym czasie, kiedy wracałaś na chwilę do domu?
Różnie bywało. Zdarzało się, że pomiędzy koncertami pisałam teksty na telefonie albo przesłuchiwałam piosenki i nagrywałam melodie, ale u mnie bywa to raczej tak, że piszę na kolanie w domu, przy kawce. Albo w dłuższej w podróży. Po koncertach jestem raczej zaaferowana tym, co działo się podczas grania i nie myślę o pisaniu tekstów. Nie jestem osobą, która lubi siedzieć i pisać w ogromnych ilościach. Dla mnie to ciężka praca i muszę się do tego zmuszać [śmiech]. Najtrudniejsze jest w tym wszystkim to, że trochę nie wierzysz w swoje możliwości... Kiedy zaczęłam działać z Michałem Wiraszko czy Rasem, zaczęli mnie przekonywać, że jestem w stanie sama napisać tekst, a oni mogą mi pomóc go zredagować.

Skoro przy promocji "Flashback" pisałaś już nowe utwory, to czy w takim razie już teraz masz pomysły na trzeci album?
Na pewno chciałabym w tym roku podejść do nagrania kolejnego albumu i mam już na niego pomysł. Wiem, z kim chciałabym współpracować i bardzo zależy mi na przyjęciu szybszego tempa, żeby już nagrać materiał, a później poświęcić się tylko trasie. Tworzenie muzyki przez półtora roku jest bardzo trudne - z jednej stronie musisz być na scenie i grać utwory z dopiero opublikowanego albumu, a z drugiej gdzieś po drodze chcesz już robić następne. Na pewno znajdę ze dwa tygodnie, kiedy będę siedzieć zamknięta w studiu i będę działać dalej.


fot. Zuza Krajewska


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive