HMLTD: Nie chcemy mówić ludziom, co mają myśleć

Debiutancki album HMLTD czerpie inspiracje z mitologii, sięga do historii Kaina, ale także przywołuje postaci Romulusa i Remusa, którzy pojawiają się na okładce pierwszego albumu zespołu. HMLTD pokazuje tym samym, że nasze mitologie pogrążone są w męskiej przemocy, a ssanie głodującej wilczycy przez dzieci zwiastowało kapitalistyczny wyzysk. ''West of Eden'' nie tylko demaskuje mit człowieka, ale także proponuje nowszą, lepszą wizję przyszłości.

Barbara Skrodzka: W końcu wydaliście debiutancki album, wielu fanów czekało na niego od dłuższego czasu.

Henry Spychalski: Wszyscy chcieli, żebyśmy wydali album dwa lata temu, ale gdybyśmy tak rzeczywiście zrobili, ta płyta byłaby okropna. W ciągu kilku lat staliśmy się o wiele lepszymi artystami i kompozytorami. Jesteśmy bardziej świadomi siebie i mamy większą kontrolę nad tym, co robimy.

 

Na ''West of Eden'' pokazujecie portret cywilizacji, mówicie o męskości, skłaniacie ludzi do myślenia o ekologii i polityce. Jaką rolę w dzisiejszych czasach odgrywa muzyka?

Bardzo dobrze tą rolę opisuje Alan Moore, który narysował analogię pomiędzy artystą a oknem. Na suficie znajduje się okno, a gdy świeci słońce i promienie wpadają przez szybę, na podłodze odbija się złoty kwadrat światła. Bardzo łatwo można przyjąć perspektywę okna i uznać: Ja to stworzyłem. Ale oczywiście okno jest tylko oknem, rzeczą, przez którą wszystko przechodzi. Nie jest źródłem światła. Rolą artysty jest natomiast zachowanie czystości tego szkła. Ta analogia dobrze podsumowuje naszą pozycję jako zespołu w świecie muzyki. Nie chcemy być dydaktykami i mówić ludziom, co mają myśleć. Staramy się pokazać świat w konkretny sposób i zaprezentować bardzo jasną wizję. Taka jest rola muzyki i sztuki.

Uważasz zatem, że muzyka, a w szczególności to, co wy robicie, może zmienić nastawienie ludzi do pewnych rzeczy?

Tak, zdecydowanie. Nawet jeśli będzie się to odbywało na niskim poziomie, bo HMLTD nie jest dużym, znanym zespołem. Dzięki temu mamy w sobie wiele pokory, choć stopniowo na nasze koncerty zaczyna przychodzić więcej osób. Kultura w sensie ogólnym jest niczym szalka Petriego dla nowych pomysłów, które często rodzą się na dnie, a następnie buzują.

 

Jakie zespoły miały wpływ na ciebie do tego stopnia, że coś się w tobie zmieniło?

Thee Temple ov Psychick Youth, Genesis P-Orridge, N.W.A., The KLF - to artyści, którzy przychodzą mi na myśl. Są politycznie aktywni i robią podobne rzeczy do nas.

 

Chciałbyś rządzić światem?

Nie, ponieważ jestem komunistą [śmiech]. Nie uważam, że ktokolwiek powinien rządzić światem. Jestem za równością we wszystkich dziedzinach życia. Łatwo jest mi czuć się komunistą, bo wychowałem się w Europie Zachodniej i nie miałem takiego doświadczenia z komunizmem, jak ludzie mieszkający w Polsce.

 

Polityczna aktywność jest dla was ważna?

Nasza sztuka jest bardzo polityczna i powody, dla których to robimy w pewnym sensie też są polityczne, ale nie znaczy to, że nasi słuchacze muszą być tacy sami. Istnieje mnóstwo świetnej sztuki, która nie jest polityczna, ale uważam, że kiedy naprawdę funkcjonujesz jako część społeczeństwa, trudno uniknąć polityki. Nie da się żyć między ludźmi bez żadnego punktu odniesienia, wszystko jest związane z polityką. Jeżeli sprowadzimy ją do tego, co jest w niej najważniejsze, to zostaną nam relacje osobiste, a w muzyce też chodzi o relacje.

Co po przesłuchaniu płyty lub przeżyciu waszego koncertu chciałbyś, żeby ludzie zatrzymali w sercach?

Chciałbym, żeby znaleźli pewność i wiarę w siebie. Wielu osobom właśnie tego brakuje, boją się być sobą, bo mogą zostać odbierani zbyt poważnie, dlatego zasłaniają się ironią i nie pokazują prawdziwego oblicza. Takie postępowanie bardzo szkodzi. Jeśli nie pokazujesz prawdziwej wersji siebie, to w końcu zostajesz od niej oddzielony. To niebezpieczne dla jednostki, a ironia jest bardzo destrukcyjną siła. Nasz album opowiada o tym, by zaufać sobie, zachęca do szczerości i odwagi do mówienia tego, co się myśli. Warto być tym, kim chcesz być, najprawdziwszą wersją siebie. Kiedy dorastałem, nie miałem wielu przyjaciół. W wieku czternastu lat moim największym przyjacielem była muzyka, nikt ze szkoły ze mną nie rozmawiał. Słuchałem wtedy The Smiths i The Cure. Dlatego moim marzeniem jest to, by choć dla kilku ludzi na świecie muzyka HMLTD stała się przyjacielem.

 

Nadal zdarza się, że tracisz wiarę we własne siły?

Oczywiście! To duży problem społeczny napędzany przez media. Najmniej pewnie czuje się nasze pokolenie, a wszystko to jest spowodowane przez kapitalizm, marketing i reklamodawców mówiących ludziom, jak powinni żyć i wyglądać, jak wyglądają idealna kobieta i mężczyzna... Jako zespół staramy się złamać te granice przestrzeni osobistej, obalić tradycyjne bariery. Dlatego ubieramy się w ten sposób i proponujemy alternatywną wizję męskości. Bycie mężczyzną nie oznacza bycia modelem Calvina Kleina, nie musisz wyglądać jak Cristiano Ronaldo. Nie ma niczego złego w ukazywaniu cech, które mogą być męskie, ale nie muszą takie być. Są osoby stanowiące godny naśladowania wzór, niektóre robią podobne rzeczy dla kobiecości, na przykład mój przyjaciel Dorian Electra, który działa na rzecz osób queer. Chciałbym widzieć HMLTD jako część tego pokolenia artystów, którzy przekraczają granice. Artystów pokroju Dorian Electra czy Charlie XCX, którzy łamią bariery. Ta płynność pomaga ludziom znaleźć siebie. Nie zrozum mnie źle, dla wielu ludzi kategorie są bardzo dobre, bo dają poczucie zbiorowej tożsamości, ale w tym samym momencie dla wielu innych mogą być zbyt stateczne, bo nie pasują do żadnej określonej kategorii. Powinien istnieć wybór.

W zgrabny sposób udało się wam połączyć starsze utwory z nowymi, na ''West of Eden'' można znaleźć electropop, mroczne ballady czy elementy hip-hopu.

Tradycyjne ograniczenia gatunkowe dzielą ludzi w ten sam sposób, co granice płciowe. Kiedy je złamiesz i upłynnisz kategorie, zaczynasz szukać rzeczy, które są wspólne dla wszystkich. W muzyce elementem wspólnym jest radość płynąca ze słuchania. Teraz możesz iść na koncert rapowy czy rockowy i spotkać tam każdego, niezależnie od wyglądu czy preferencji.

 

Reżyserem teledysku do ''Loaded'' był Mood Killer. Opowiedz o tej współpracy.

Jak wspomniałem, przyjaźnię się z Dorianem Electrą. Wraz z Zackiem [Cazesem] zorganizowałem pierwszy koncert Doriana w Londynie, w klubie Windmill, gdzie bywają takie zespoły, jak Shame, Sorry, Black Midi, Goat Girl czy nasz - londyńska scena. Wszyscy pochodzimy z Windmill. Mood Killer przyjechał z Dorianem i od razu złapaliśmy bardzo dobry kontakt, od tamtego spotkania często rozmawialiśmy przez Skype'a o muzyce i innych sprawach, aż w końcu zdecydowaliśmy się zrobić razem teledysk. Przez miesiąc dzwoniliśmy do siebie codziennie, organizowaliśmy wszystko, aż w końcu Mood przyleciał i w tydzień nakręciliśmy materiał. Uwielbiam Mooda, to niesamowita osoba i wspaniały artysta.

Teledysk do ''Mikey's Song'' jest zupełnie inne od pozostałych, pokazuje ciebie jako ''normalną'' osobę. Tak miało być?

Wszystko było zaplanowane, choć pewnie spora część naszych fanów oglądając ten teledysk, pomyślała: Kurde, co się tutaj dzieje? Lubimy wzbudzać takie uczucia. Ten teledysk miał być czuły i wrażliwy. Wiele osób było zdezorientowanych, odbierało nas może w ironiczny sposób, co nie podobało się nam. Nasze przesłanie jest bardzo szczere i nie chcemy być błędnie interpretowani jako jakieś ironiczne sztuczki. W muzyce zawsze staramy się wyrażać w bardzo bezpośredni, szczery sposób, z tym klipem chcieliśmy wyjść temu naprzeciw.

 

Czyli zwykły Henry z ''Mikey's Song'' niczym nie różni się od szalonego Henry'ego z ''Loaded'' albo koncertów?

To dwie wersje mnie, ta zwykła jest bardziej stonowana, spokojna i mniej naćpana. Wersja, którą widzisz na scenie to bardzo ekstremalna wersja mnie. Kiedy jesteś na scenie, to tak jakbyś był bardzo naćpany, jesteś nadal tą samą osobą, ale na ecstasy [śmiech].

 

Planujecie jakieś inne współprace?

Trent Reznor od wieków obiecuje nam remiks, ale jest bardzo zajęty... Mam nadzieję, że w końcu Nine Inch Nails przygotuje remiks jednej z naszych piosenek. Poza tym robimy film z Willem Ferrellem, który w tym roku pojawi się na Netflixie.

Na Soundrive Festival dwa lata temu zyskaliście sobie wielu fanów, dużo osób wspomina wasz występ jako jeden z lepszych podczas tamtej edycji. W ubiegłym roku przyjechaliście także do Warszawy, gdzie zagraliście na urodzinach właściciela sklepu Vitkac. O co w ogóle chodziło?

Staraliśmy się utrzymać to w tajemnicy [śmiech]. Właściciel Vitkaca, jeden z polskich milionerów, zapytał nas, czy zagramy na jego czterdziestych urodzinach. W zamian zaoferował nam bardzo dużo pieniędzy i obiecał sporo darmowych ubrań ze swojego domu towarowego. Nie mieliśmy wtedy pieniędzy, bo znaleźliśmy się w małej wytwórni, więc zgodziliśmy się zagrać. Przyjechaliśmy do Polski na kilka dni, zatrzymaliśmy się w pięciogwiazdkowym hotelu, miło spędziliśmy ten czas.

 

Dopiero co wydaliście debiutancki album, ale fani pytają już o następny. Macie pomysł na nowe nagrania?

Następny album nie będzie koncepcyjny. Będzie celebracją radości, miłości, życia i muzyki. Nie będzie tam głębokich pojęć, żadnego umierającego Zachodu. Będą to popowe piosenki o radości.

 

Czyli coś w stylu ''Mikey's Song''?

Dokładnie. Drugi album będzie brzmiał jak ten utwór.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive