Leprous: Emocjonalny koncert w Gdańsku

Po ubiegłorocznym koncercie we wrocławskich Zaklętych Rewirach muzycy Leprous powrócili do Polski na trzydniową wizytę. Ostatnim jej przystankiem był występ w gdańskim B90, a tym razem towarzyszyli im Norwegowie z grupy Maraton i Francuzi z Klone.

Wieczór w B90 upłynął w bardzo luźnej, kameralnej atmosferze. Odczuwał ją także zespół, który już po wpuszczeniu fanów do klubu spokojnie kończył zaplanowaną wcześniej sesję zdjęciową i kilkoro szczęściarzy, którzy stawili się na miejscu odpowiednio wcześnie mogło ujrzeć pozujących fotografowi gitarzystę Tora Oddmunda Suhrke oraz perkusistę Baarda Kostada.

 

Koncert rozpoczął się punktualnie występem indie rockowego kwintetu Maraton, który rozgrzał publiczność mieszanką dźwięków inspirowanych brzmieniem Muse oraz Leprous. Muzycy zebrali szczere owacje za energię i radość gry, a szczególną uwagę zwracał wokalista, Fredrik Klemp, biegający po scenie i w fosie w białych skarpetkach, śpiewający wprost do nieco zaskoczonej takim obrotem wydarzeń publiczności. Dobry występ, który fajnie sprawdziłby się w warunkach festiwalowych.

Znacznie mniej widowiskowy był drugi z zespołów - Klone serwujący balladowe, pejzażowe pasaże z ostatniej płyty, "Le Grand Voyage" znacznie lepiej sprawdziłyby się jako rozgrzewka przed Riverside czy Stevenem Wilsonem. Nie do końca pasowało także zachowanie muzyków na scenie do granych dźwięków - ciężko oglądało się machających głowami "po metalowemu" mężczyzn, którzy wydobywali ze swoich instrumentów rockowe, kołyszące melodie.

 

Nie ma drugiego takiego zespołu, jak Leprous. Nikt nie łączy w taki sposób metalowych galopad i popowej chwytliwości z ambitną elektroniką i podniosłymi partiami wokalnymi. Norwegowie robią to doskonale, zaskarbiając sobie serca wrażliwych na piękno, ceniących wyszukane dźwięki słuchaczy, dla których muzyka ma o wiele większe znaczenie niż towarzyszenie codziennym zajęciom. To zespół całkowicie bezkompromisowy, podejmujący nieustannie ryzyko i przekraczający stylistyczne granice. Taki, którego dokonania przyjmie się w pełni lub całkowicie odrzuci.

Trasa promująca "Pitfalls" jest dla muzyków przełomową. To wraz z jej początkiem wokalista Einar Solberg przełamał się i nawiązał szerszy kontakt z publicznością, co było dla niego o wiele większym wyzwaniem niż perfekcyjne wykonanie skomplikowanych partii wokalnych, ekspresyjne granie na syntezatorach i sam fakt występowania na scenie. Poza standardowym dziękuję bardzo był tym razem w stanie wspomnieć poprzednią, bardzo udaną wizytę w Trójmieście w ramach promocji "Coal", a także wyrazić najwyższe uznanie dla swoich przyjaciół z zespołu za to, że nauczyli się na potrzeby nowego albumu grać na klawiszach. Po tej wypowiedzi miała miejsce zabawna sytuacja - gdy publiczność oklaskiwała instrumentalistów, Einar stwierdził z przekąsem, że to zdecydowanie za słaba owacja i gdyby to on nauczył się grać na czymś jeszcze, zyskałby znacznie wyższy aplauz.

 

O umiejętnościach wokalnych Solberga można by napisać odrębny artykuł, a i tak temat nie zostałby wyczerpany. Gdy doda się do nich ekspresję sceniczną, powstaje połączenie nietuzinkowe, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Szacunek należy się jednak każdemu z członków Leprous, którzy zagrali w Gdańsku w sześcioosobowym składzie, z Raphaelem Weinrothem-Browne na wiolonczeli. Zachwycili precyzją i lekkością gry, wielowarstwowością struktur utworów, perfekcyjnym budowaniem dramaturgii wieczoru i niezwykłą wręcz chwytliwością melodii. Z utworu na utwór zaangażowanie publiczności rosło - całkowicie wciągnięci w wir wydarzeń fani, śpiewali z Einarem i wiwatowali po zakończeniu kolejnych kompozycji.

Członkowie Leprous nie znoszą nudy, dzięki czemu każdy ich występ jest niepowtarzalnym przeżyciem. Poza kilkoma stałymi punktami w setliście, utwory co wieczór zmieniają się. Publiczność w Gdańsku poza dawno niegranym, magicznym "MB. Indifferentia", mogła usłyszeć bardzo emocjonalny "Lower" i "Mirage". Wspaniale zabrzmiały jednak wszystkie punkty koncertu, począwszy od podniosłego, chwytliwego "Below" i kołyszącego muse'owym basem "I Lose Hope", aż po rozpalający do czerwoności narastającymi apokaliptycznymi partiami bębnów i gitar "The Sky is Red", który, gdyby nie stabilna konstrukcja klubu B90, rozniósłby salę koncertową od środka i zamienił w pył.

 

By doświadczyć pełni przyjemności udziału w takim wydarzeniu należy skupić się na tym, co dzieje się na scenie, a nie zajmować się przez większą część koncertu rejestrowaniem go przy pomocy telefonu i relacjonowaniem na gorąco w mediach społecznościowych albo rozmowami przy piwie. Takie działanie skutecznie pozbawia sensu zakup biletu, a przy okazji przeszkadza innym uczestnikom w czerpaniu radości z odbioru muzyki na żywo. Nie ma nic gorszego dla bawiącego się fana niż telefon trzymany niemal na jego głowie przez współuczestnika wydarzenia, a dla zespołu oglądanie lasu świecących ekranów na widowni zamiast twarzy szczęśliwych osób. Nie zmienia to jednak faktu, że występ Leprous w B90 był doskonały i stanie się moim kandydatem do koncertu roku.

 

Rysunki: Edyta Krzyżanowska


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive