Verotika. Glenn Danzig to nowy Tommy Wiseau

50%

Zła sława tego filmu wyprzedziła jego światową premierę, a reżysera z miejsca ochrzczono mianem "Tommy'ego Wiseau horroru" i pewnie nikt by sobie nawet nie zaprzątał głowy kolejną ociekającą kiczem produkcją klasy Z, gdyby owym reżyserem nie był debiutujący w tej roli Glenn Danzig.

Nie będę nabijał się z Danziga. Odklejenie od rzeczywistości zepchnęło go na margines, gdzie razem z Grzegorzem Kupczykiem i członkami Manowar żyje w przekonaniu, że nadal są bogami metalu, ale wszystko, co zrobił do 2010 roku to czyste złoto. Od Misfits przez solowe albumy i muzykę poważną na dwóch częściach "Black Aria" po komiksowe wydawnictwo skierowane wyłącznie do dorosłych czytelników - Verotik. W muzyce od dekady wiedzie mu się fatalnie i to do tego stopnia, że w końcu postanowił zakopać wojenny topór z pozostałymi członkami Misfits, ale skłoniło go to także do szukania innego zajęcia i tak narodził się pomysł ekranizacji kilku krótkich historii, które pierwotnie ukazały się na papierze.

Nie będę nabijał się z Danziga, ale porównania do Tommy'ego Wiseau nie są ani odrobinę przesadzone. Następcy reżysera "The Room" szukano od dłuższego czasu, a jednak stworzenie tego rodzaju "dzieła sztuki" wbrew pozorom okazało się zadaniem niełatwym. Przede wszystkim nie można mieć intencji nakręcenia kontrolowanej tandety, co z miejsca wyklucza właściwie wszystkich fanów i naśladowców charyzmatycznego (podobno) Polaka. Znany z traktowania siebie i swojej twórczości ze śmiertelną powagą - a przy okazji bezwiednie dryfujący ku kiczowi - Glenn Danzig okazał się z kolei materiałem idealnym do przejęcia schedy po tym, który dzisiaj jest już oświecony i sam sobie dorównać nie potrafił (jeżeli widzieliście "Best F(r)iends", to wiecie, że Wiseau nie jest w stanie powtórzyć spontanicznej nieporadności i autentyczności, jakie towarzyszyły mu przy kręceniu "The Room"). "Verotika" stawia nawet krok dalej, bo aktorstwo rodem ze szkolnego teatrzyku, amatorski scenariusz, tanią scenografię i nieporadne zdjęcia łączy z gore, seksem, gumowymi potworami i metalową muzyką. Stąd wiodą tylko dwie drogi - albo już zamawiacie pizzę i skrzykujecie ekipę do wspólnego obcowania z arcydziełem szmiry, albo nie czytacie nawet dalej tego tekstu, bo wiecie, że współczesne kino klasy Z to nie wasza bajka.

Absolutnie nikt w "Verotice" nie potrafi grać, a nawet gdyby potrafił, to nie ma czego zagrać. Dla kobiet Danzig wyznaczył role przede wszystkim roznegliżowanych tancerek lub prostytutek, które w najlepszym przypadku mogą liczyć na oczy umieszczone zamiast sutków na ogromnym, sylikonowym biuście, co przynajmniej w minimalnym stopniu pozwala na odróżnienie od szeregu innych postaci. Mężczyznom poszczęściło się odrobinę bardziej, poza pijaczynami i zblazowanymi gliniarzami, mogą odegrać na przykład humanoidalnego pająka albinosa przypominającego budżetową wersję i tak nie najlepiej wyglądającego Goro z ekranizacji "Mortal Kombat" z 1995 roku. Krótko pisząc, te trzy historyjki wyróżnia wybitnie niedorzeczny scenariusz, ale to przecież za mało. Takich, którym wydawało się, że potrafią napisać wielkie rzeczy, a ostatecznie przerosło ich spisanie choćby jednego nienapuszonego dialogu było już wielu. Danzig ma jednak inny "atut", który przysporzy mu wielbicieli tanich wrażeń - nie ma pojęcia, jak kręci się filmy.

Tak chaotyczny montaż i tak duża ilość niestabilnych zdjęć "z ręki" w niemal każdym innym przypadku byłyby nieznośne, ale tutaj wystarczają trzy minuty, by przekroczyć punkt zero, za którym im gorzej, tym lepiej, a przynajmniej dla tej garstki widzów, którzy dadzą się w ten koszmarny seans wciągnąć. Konwencja horroru pozwala przy okazji na dodatkowe atrakcje - Wiseau miał w zanadrzu co najwyżej oprawione zdjęcia łyżeczek albo piłkę do futbolu, Danzig sięga natomiast po zerwane z twarzy skóry, które przypominają naleśniki z dżemem; cyfrowe tła czy zwłoki, które nawet po umieszczeniu w niesławnym "Królu Skorpionie" wyglądałyby wyjątkowo źle czy średniowieczne odzienia, przy których "Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim w roli głównej nagle zaczyna wyglądać całkiem solidnie. Tylko ktoś z tak dużym ego, jak Glenn Danzig mógł spojrzeć na rezultat swoich niezgrabnych wysiłków i uznać, że warto się nim podzielić ze światem. Z drugiej strony, jest to przynajmniej rozrywkowe i nieszkodliwe, w odróżnieniu od chociażby filmów Patryka Vegi.

Nic w "Verotice" nie ma sensu, ani jedna scena, ani jedna minuta. Czasami na przykład zostajemy zabrani przed Los Angeles Theater, ale wszyscy wokół mówią łamanym francuskim, a zamiast policji, o porządek dbają żandarmi żywcem wyjęci z komedii Louisa de Funèsa; kiedy indziej przez trzydzieści minut oglądamy hrabinę Drukiję na zmianę przemierzającą okoliczne wsie na koniu, przyglądającą się swojemu odbiciu w lustrze i kąpiącą się we krwi... Bez dwóch zdań to jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały, czego po ocenie jednak nie widać, bo dla wielbiciela kiczu i tandety to gratka, od której trudno oderwać wzrok. Ego Danziga zostało przy tym niezachwiane, już pracuje nad kolejnym dziełem - "Death Rider in the House of Vampires", które będzie połączeniem horroru z westernem. Tym razem sam również wystąpi przed kamerą, a w obsadzie znaleźli się Danny Trejo, Julian Sands (znany z "Czarnoksiężnika") czy Eli Roth. Niestety wszystko wskazuje więc na to, że będzie to film... lepszy.


Verotika

USA, 2019

Dark Risen Pictures

Reżyseria: Glenn Danzig

Obsada: Ashley Wisdom, Rachel Alig, Alice Tate



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive