Bombay Bicycle Club: Granie w zespole nie gwarantuje stabilności

W 2016 roku Bombay Bicycle Club zaskoczyli fanów wiadomością o zawieszeniu działalności. Dziwiło to tym bardziej, że zespół cieszył się dużą popularnością i za każdym razem zapełniali przestrzeń pod największymi scenami na europejskich festiwalach.

Po kilku latach rozłąki przyszedł jednak rok 2019, w którym zespół świętował dziesięciolecie wydania debiutanckiego albumu i czuł się nieswojo bez nowej muzyki. To doprowadziło do powrotu i powstania piątego albumu.

 

Barbara Skrodzka: Po zawieszeniu działalności Bombay Bicycle Club i trzyletniej przerwie wróciliście z albumem "Everything Else Has Gone Wrong". Dobrze jest wrócić?
Suren de Saram: Zaczęliśmy rozmawiać o powrocie w 2019 roku, na rok przed wydaniem tego albumu. Wiedzieliśmy, że będziemy eksperymentować z muzyką. W czasie tej przerwy graliśmy w innych zespołach, nasze życia się zmieniły, pojawiły się nowe sytuacje, w których musieliśmy się odnaleźć. Zmieniliśmy się jako ludzie. Wiedzieliśmy, że piąty album będzie inny, ale nadal cieszyliśmy się, że razem tworzymy. Jeśli znowu przestanie nas to cieszyć, to prawdopodobnie po raz kolejny zrobimy sobie przerwę.

 

To był powód, dla którego zawiesiliście działalność w 2016 roku?
Po wydaniu albumu "So Long, See You Tomorrow", z końcem 2014 roku, zacząłem odczuwać zmęczenie i monotonię, a powinno towarzyszyć nam uczucie ekscytacji z grania w zespole i występowania na żywo. Gdy przyzwyczajasz się do tego stylu życia - ciągłego przemieszczania się z miasta do miasta - w końcu przestaje cię to cieszyć. Poza tym żaden z nas nie doświadczył "normalnego" życia poza zespołem. Zaczęliśmy Bombay Bicycle Club, kiedy byliśmy nastolatkami, a zaraz po skończeniu szkoły średniej stało się to nasza pracą. Dość szybko wydaliśmy cztery albumy, a przy czwartym byliśmy już zmęczeni i chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda ten inny świat. Jack i Ed zaczęli swoje solowe projekty [Jack Stedman pod nazwą Mr Jukes, a Ed Nash Toothless], ja pracowałem jako muzyk sesyjny z różnymi artystami. Pojechałem w trasę koncertową z Jessie Ware, która jest bardzo popularna w Polsce. Zaskoczyło mnie, że ma tutaj tylu fanów. Jamie MacColl, nasz gitarzysta, zaczął studiować. Wiedza, którą zdobyliśmy podczas przerwy w funkcjonowaniu Bombay Bicycle Club teraz przekłada się na naszą pracę. Jesteśmy bardziej pewni siebie, znamy się lepiej, znaleźliśmy energię i podekscytowanie, którego brakowało nam na poprzednim albumie.

Dość szybko odczuliście wypalenie, aż strach myśleć, co może się stać z takimi młodymi artystami, jak Sam Fender czy Lewis Capaldi, którzy non stop są w trasie koncertowej.
To bardzo dziwny sposób na życie, właściwie nie jest to prawdziwe życie. Zwłaszcza dla dużych artystów grających koncert każdego wieczoru w innym miejscu. Nie jesteśmy tak popularni, jak Lewis Capaldi, on gra znacznie większe koncerty niż my [śmiech]. Dobrze mieć normalne życie poza zespołem, choćby dlatego, żeby mieć o czym pisać. Gdybyśmy pisali o życiu w zespole i trasach koncertowych, tylko nieliczni ludzie mogliby się z tym utożsamiać, dlatego na "Everything Else Has Gone Wrong" pojawiają się utwory mówiące o lęku ludzi w naszym wieku, czyli przekraczających trzydziestkę, przed byciem dorosłym i przyszłością.

 

Masz dopiero trzydzieści lat. Chyba nie czujesz się staro?
Może zabrzmieć to dość głupio, ale tak, czuję się trochę staro, mając zaledwie trzydzieści lat. Pojawiają się nowe zespoły. Znajdujemy się teraz w momencie, kiedy młode kapele mówią nam, że nas podziwiają. Nie tak dawno temu to my byliśmy na ich miejscu i sami wysyłaliśmy wiadomości do zespołów starszych od nas. Nadal jesteśmy stosunkowo młodzi, choć niektórzy z nas już się ustatkowali i w niektórych przypadkach mamy na głowie mniej włosów [śmiech].

 

Wspomniałeś o tym, że tworząc muzykę, można inspirować się swoimi doświadczeniami. Na nowym albumie znajdziemy jakieś utwory odnoszące się do konkretnych wydarzeń z waszego życia?
Nie znajdziesz tam piosenek, które opisują jakieś konkretne zdarzenie. Ten album jest najbardziej aktualny, ponieważ odnosi się do momentu, w którym teraz się znajdujemy. Jako całość mówi o znajdowaniu światła w ciemności, ucieczce, którą może dać muzyka jeśli czujesz się zdesperowany lub jesteś w trudnej sytuacji. Dla nas muzyka zawsze była taką ucieczką. Jedna z piosenek, którą napisał Ed - "Good Day" - opowiada o presji i konflikcie, który toczysz w swojej głowie. Czasem myślimy, że jesteśmy szczęśliwi, a chwilę później zamartwiamy się czymś. Trzeba uświadomić sobie, że to znajduje się tylko w naszej głowie i możesz to zmienić. Wcześniej nie pisaliśmy takich piosenek. Piosenki z pierwszej płyty były dość proste - o chłopaku poznającym dziewczynę, zakochaniu... Utwory na nowym albumie są znacznie głębsze, poruszają ważniejsze tematy.

Żałowałeś kiedykolwiek tego, że zostałeś muzykiem?
Nie, ale często jest tak, że zespół jest twoim hobby, przy którym dobrze się bawisz. Naszym celem nie było zrobienie kariery. Mieliśmy szczęście, że tak się to potoczyło. Teraz jesteśmy w stanie grać koncerty na całym świecie, odwiedzając po drodze wiele pięknych miejsc, grać muzykę dla publiczności, która docenia to, co robimy. To jest wymarzona sytuacja, ale ten świat nie jest idealny. Granie w zespole nie gwarantuje stabilności, przez co cały czas borykam się ze wzlotami i upadkami. Praca od dziewiątej do siedemnastej jest bardziej stabilna i bezpieczna. Tęsknię za taką stabilizacją... W zespole masz okresy intensywnej pracy, gdzie nie możesz myśleć o niczym innym dwadzieścia cztery godziny na dobę, po czy następnego dnia trasa koncertowa się kończy i przed tobą roztacza się niekończąca się, trwająca tygodniami nicość. Może być dość trudno poradzić sobie z tym psychicznie. To coś, nad czym muszę popracować. Przez większości czasu nie mogę jednak narzekać, bo jest to wspaniała praca. Wzloty są w stanie przewyższyć doły.

 

Ostatnio odbyło się kilka gal rozdania nagród - Grammy, NME, Brit Awards... Przywiązujecie dużą wagę do statuetek, które wygrywacie?
Wygraliśmy kilka nagród. Dziesięć lat temu NME Award dla najlepszego zespołu, nigdy nie wygraliśmy Brit Award, byliśmy nominowani do Mercury Pize. Przyjemnie jest się czuć zauważonym, ale jako zespół podchodzimy do tego z przymrużeniem oka. Nie powiedzielibyśmy, że naszym celem jest zdobycie jakiejś nagrody. Nie przykładamy dużej wagi do tego, co piszą o nas media, niezależnie od tego, czy wypowiadają się w dobrym, czy w złym tonie.

 

Dotyczy to także recenzji albumów?
Czytałem kilka recenzji naszego najnowszego albumu. Jedne są bardzo miłe, a inne okropne [śmiech]. Jeśli chodzi o zespoły takie jak my, mające na koncie już pięć albumów, to zauważyłem, że czasem widząc nazwisko autora tekstu, od razu można zgadnąć, co o tobie napisze. Niektórzy mają z góry ustaloną opinie na nasz temat i prawdopodobnie nawet nie przesłuchali najnowszego albumu, dlatego niezależnie od tego jakby on nie brzmiał, ich opinia się nie zmieni. Nie ma to na nas żadnego wpływu, ponieważ zawsze będziemy robić to, co uważamy za słuszne. Tym, co daje nam satysfakcję jest granie koncertów dla ludzi, którzy chcą nas usłyszeć. Ważniejsze jest dla nas zagranie świetnego koncertu niż wygranie jakiejkolwiek nagrody.

 

Jaka była najmilsza rzecz, którą przeczytałeś o sobie?
Ostatnio czytałem recenzję, w której autor stwierdził, że nasza sekcja rytmiczna jest najsilniejszą w brytyjskim indie, zrobiło mi się bardzo miło z tego powodu.

 

Co przyniesie przyszłość dla Bombay Bicycle Club?
Będziemy eksperymentować, myśleć o kolejnym albumie, bo nie wydaje mi się, żeby ten album był naszym ostatnim. Już rozmawialiśmy o nagrywaniu kolejnych utworów, może będzie to EP-ka, może rozwiniemy to do dłuższej formy. Nie jesteśmy jednak pewni przyszłości. Zobaczymy, jak będą wyglądały kolejne miesiące, czy bycie razem będzie sprawiało nam radość i czy ludziom będzie się podobało to, co gramy [śmiech].


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive