Bambara - "Stray"

90%

Wiecie, jak to jest, gdy lubiani przez nas artyści - niezależnie od nurtu - wchodzą na grząski grunt muzycznego dojrzewania. Podejmowane przez nich wybory często są co najmniej dyskusyjne, a ilość bądź jakość zabiegów, które mają udowodnić, jak bardzo zespół się rozwinął, często budzą różne wątpliwości.

Zmiany są bardzo ważne i doceniam każdy moment, gdy twórca wychodzi ze swojego przytulnego gniazdka, ale niezbyt interesujący poziom wielu takich przemeblowań pozostawia wiele do życzenia. Płyty, które w skomplikowany sposób rozwijają formułę swoich poprzedniczek albo kompletnie z nią zrywają potrafią brzmieć jak wyjątkowo karykaturalne potworki. Czy do tej tezy pasuje Bambara, która z wydawnictwa na wydawnictwo raczej nie zalicza konkretnych skoków gatunkowych, ale stawia na subtelne przeobrażenia swojej muzyki?

Wbrew pozorom trochę pasuje. Od razu pozwolę sobie dokonać czegoś na wzór pointy i skwitować, że "Stray" na pewno nie jest złą płytą, a Bambara nie pada ofiarą wirusa przestrzelonych modyfikacji stylistycznych. Wręcz przeciwnie, ten album już teraz jest bardzo mocnym elementem dyskografii Amerykanów, ale zacznijmy od ogółów.

 

Pierwsze wrażenie - spuścili z tonu. To już nie jest ten sam naładowany testosteronem post-punk, który gna na złamanie karku, a lżejszych środków wyrazu używa tylko do podkreślenia jadowitości tych dźwięków. Bambara w roku 2020 eksponuje niepokojące, acz jednostajne wątki i to na nich opiera swoją muzykę. Nie ma w tym niczego złego. Co więcej, jestem fanem rozwiązań wprowadzonych przez skład na najnowszym krążku. Z miejsca zakochałem się w płynącym "Sing Me to the Street", który jawnie mruga okiem w kierunku "Let Love In" Cave'a czy "Stay Cruel" z tą ładnie rozegraną podwójną podbitką na werblu. Czuję, że zespół doskonale wie, w którą stronę zmierza, że lekka korekta kierunku zadziałała na nich tylko w stopniu pozytywnym, ale przy tym nie stępiła ich ostrza. Reprezentanci nurtu post-punkowo-noise'owego prezentują się na tej płycie równie dobrze, co subtelniejsze numery. W ucho wpada nawiązujący dialog z Iceage singlowy "Heat Lightning" albo "Lily Son", który odpowiada na nigdy niezadane pytanie o to, jak brzmiałoby country z "dociążoną" sekcją rytmiczną.

 

"Stray" wydaje się być płytą przemyślaną w każdym calu, gdzie wszelkie nowe patenty zostały ograne przez zespół wiele razy, zanim ktokolwiek wpadł na pomysł włączenia ich do szkieletu przygotowywanych numerów. Jestem fanem tego, że Bambara nie boi się różnych połączeń i odkrywania siebie samych na nowo. Taki "Made for Me", gdyby wyżej przestroić bas, spokojnie mógłby wejść do repertuaru Orville'a Pecka, a jednocześnie wciąż brzmi tak "bambarowo", jak tylko się da.

 

Przepadam za tym, jak ci dżentelmeni subtelnie mieszają szyki i podążają w tylko sobie znanym kierunku. Zmyślnie modyfikują składowe swojej twórczości, poddają je liftingowi, ale wszystko wychodzi tak, jak trzeba. Bez krzywienia się, bez wymuszonych zagrywek. O takie ewolucje artystów walczyłem.


Wharf Cat/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive