Napalm Death - "Logic Ravaged By The Brute Force"

85%

Pozwolę sobie zacząć od kontrowersyjnej opinii - moim skromnym zdaniem "Scum" jest równie ważnym albumem, co chociażby debiut Black Sabbath czy niektóre z albumów Pink Floyd. Nagranie takiego wydawnictwa i wyjście z nim "w świat" było przełomem.

Chociaż proto-grindcore gdzieś już kiełkował w mniej lub bardziej dojrzałych formach, to właśnie Napalm Death nadało mu ostatnie szlify i to właśnie oni rzucili świat na kolana nieludzko wściekłym hałasem, jednocześnie tworząc kilka zagrywek, które ewoluowały przez lata i na stałe zakorzeniły się w grindzie, death metalu czy innych gatunkach muzyki, które szeroko określane są mianem ekstremy.

 

Przez ponad trzy dekady Napalm przechodził ciągłą ewolucję - jedną nogą stojąc w gatunku, który stworzyli (bądź przynajmniej współtworzyli), drugą zaś mniej lub bardziej odważnie wędrując po najdziwniejszych meandrach muzycznych. Ostatni pełen album - "Apex Predator - Easy Meat" z 2015 roku zapowiadał zdecydowany krok ku korzeniom i momentami zwiastował chęć przedefiniowania obranej przed laty stylistyki, a nową EP-kę odpaliłem z nadzieją na kilka szybkich, agresywnych i doskonale wymierzonych strzałów, gdzieś w duchu ciesząc się na naturalną kontynuację ostatniego wydawnictwa (i to niezależnie od tego, czy chodziłoby o "Apex Predator", czy o EP-kę "Stunt Your Growth", która przeszła zupełnie bez echa). Wiecie co dostałem? Nic z tego, na co liczyłem.

 

"Logic Ravaged By The Brute Force" to dwa numery - autorska kompozycja oraz cover Sonic Youth, co samo w sobie powinno zapalić w głowie czerwoną lampkę ostrzegającą przed potężnym zaskoczeniem. Materiał na tegorocznej EP-ce jest Inny niż wszystko, co Napalm Death wykonało do tej pory. Do tego stopnia, że użycie wielkiej litery I w poprzednim zdaniu było zabiegiem całkowicie celowym.

 

Stylistycznie Napalm Death stoi tutaj najbliżej mrocznych, łagodnych i ponurych utworów, które od czas do czasu przedzierały się przez ostatnie albumy, przeważnie otwierając je lub zamykając - "Morale" czy "Circumspect". Nie można również nie odnieść wrażeniu, że muzycy na nowo odkryli dziwne wibracje, które doprowadziły swego czasu do nagrania "Diatribes". Całość została solidnie podlana wpływami Killing Joke (najbardziej widoczne jest to w przypadku pracy sekcji rytmicznej), może gdzieś tam leciutko i nieśmiało przebija się też Gojira. Przez całe wydawnictwo ani przez ułamek sekundy nie usłyszymy za to blastów czy growlu.

 

Tytułowy utwór machinalnie przepływa przez głośniki, napędzany wyraźną, silnie punktowaną perkusją (i szaloną przebieżką po kotłach w refrenie), do tego zimne, odhumanizowane brzmienie gitar i wokal na pograniczu śpiewu i krzyku. Niby trochę zimnej fali, niby trochę post-punk, a jednocześnie wszystko na tyle wściekłe, że bez problemu można rozpoznać tutaj Napalm Death, szczególnie gdzieś w połowie trzeciej minuty, gdzie na chwilkę zespół wchodzi w lekki noise.

 

Drugi utwór pochodzi z repertuaru Sonic Youth - "White Kross" (pisownia tytułu w wersji Napalm Death została zmieniona. Zamiast krzyża mamy nazwisko piłkarza Realu Madryt). Bez ogródek - od Sonic Youth zawsze się odbijałem, najzwyczajniej w świecie nie lubię tego zespołu. Niemniej zarówno dobór, jak i aranżacja doskonale dopełnia wrażenie, które uprzednio wywołał w słuchaczu tytułowy utwór z EP-ki. W wersji Napalm Death ten kawałek jest jeszcze mroczniejszy, bardziej przytłaczający i zimny niż miało to miejsce w pierwowzorze. Zresztą w samym sposobie wykonania wciąż słychać silne wpływy Killing Joke. Ponownie też przysłowiowe pierwsze skrzypce gra tutaj perkusja, nadająca motorykę i pole do popisu dla okrojonych z jakiegokolwiek ciepła w brzmieniu gitar, co prowadzi do genialnej kulminacji w wolnej i (delikatnie tylko) chaotycznej ostatniej minucie.

 

Pora jednak zadać sobie najważniejsze pytanie - czy tak będzie teraz brzmiało Napalm Death? Szczerze pisząc, wątpię. Ten zespół przeszedł już przez niejeden eksperyment i nigdy nie bał się przekraczania jakichkolwiek granic, żeby potem wrócić na pierwotne tory. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta karykaturalna, mroczna i wściekła wariacja na temat post-punka spod szyldu Jaza Colemana doprowadziła do powstania pełnego albumu w tej konwencji (za co absolutnie bym się nie obraził), ale nie umiem pozbyć się wrażenia, że jest to po prostu "skok w bok", odwieszenie grindcore'a na kołek, żeby wziąć chwilę oddechu przed wymierzeniem słuchaczowi kolejnego ciosu. Czy mam rację? Czas pokaże. Póki co przyniósł nam doskonały materiał.


Century Media/2020



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive