Dżentelmeni. Guy Ritchie wraca do korzeni

73%

Guy Ritchie wraca do swojego ulubionego gatunku, czyli komedii gangsterskiej. Czy jednak "Dżentelmeni" to rzeczywiście powrót do dawnej świetności?

Ostatnie lata w karierze Guya Ritchiego nie należały do najbardziej udanych. Po dwóch całkiem dobrze przyjętych i zarabiających częściach "Sherlocka Holmesa" nadszedł nagły koniec dobrej passy. Najpierw finansowym niewypałem (choć raczej pozytywnie ocenianym) okazała się mająca premierę w 2015 roku szpiegowska komedia "Kryptonim U.N.C.L.E", później prawdziwą katastrofą (ja tam prywatnie ją lubię) okazał się "Król Artur" z 2017 roku. Połączenie mitów arturiańskich z ulicznym klimatem zostało zjedzone przez krytykę i przyniosło prawie trzydzieści milionów dolarów strat z powodu małego zainteresowania widowni.

 

Nic dziwnego, że decyzje o jego następnych projektach okazały się nad wyraz zachowawcze. Najpierw w 2019 roku pojawiła się aktorska wersja "Aladyna", która stanowiła swoisty rodzaj kinowego czyśćca, w którym nazwisko reżysera mogło zostać oczyszczone z klątwy box officowej porażki. Drugim z nowych projektów okazali się "Dżentelmeni" - powrót do samych korzeni twórczości Ritchiego, czyli gangsterskiej komedii rozgrywającej się na terenie Wielkiej Brytanii. Takiej z zakręconą fabułą, masą slangu i charyzmatycznymi bohaterami. Czy po dwudziestu latach nadal potrafi zachować świeżość znaną z "Porachunków" i "Przekrętu"? A może czuć w tym wszystkich lekką desperację wynikającą z chęci znalezienia ratunku w sprawdzonych motywach? Odpowiedź na to pytanie znajduje się gdzieś pośrodku.

Bohaterowie "Dżentelmenów" różnią się dość znacząco od tych znanych z pierwszych filmów Ritchiego. Choćby dlatego, że nie są łachudrami z samego dołu bandyckiej drabiny społecznej, tylko znajdują się na jej szczycie. Cała awantura kręci się wokół prób spieniężenia marihuanowego imperium należącego do niejakiego Mickeya Pearsona, którym zainteresowany jest pewien miliarder z "lepszego świata". Sytuacja jest prosta, ale - jak to u Ritchiego - wszystko się komplikuje, kiedy do gry wkraczają idioci spragnieni wykrojenia kawałka tortu dla siebie. W ten sposób twórca "Przekrętu" nakręca spiralę chaosu, w której każda decyzja bohaterów wydaje się prowadzić do jeszcze większego zamieszania.

 

Narracyjnie wszystko wplecione jest w opowieść snutą przez tabloidowego dziennikarza, Fletchera, który próbuje szantażować jednego z ważniejszych graczy tej historii. Ta metanarracja pozwala Ritchiemu na zabawę z widzem - niektóre sceny są opowiadane po dwa razy (wersja "efektowna" i "prawdziwa"), wątki się mieszają, a sama fabuła wydaje się dużo bardziej skomplikowana niż rzeczywiście jest. A to wszystko oczywiście zostało okraszone dużą dawką ciętych dialogów i chwytliwych frazesów wypowiedzianych za pomocą cudnego angielskiego slangu. W kontekście technicznego opowiadania historii "Dżentelmeni" to popis scenopisarskich umiejętności Ritchiego, który bardzo dobrze opanował sztuczki związane z wielopoziomową narracją. Problem w tym, że główna fabuła nie jest wcale tak wciągająca, a dużo wątków wydaje się po prostu zmarnowanych. Nie zrozumcie mnie źle - to wszystko sprawdza się przyzwoicie, ale człowiek chciałby ponownie doznać tego błysku geniuszu znanego z "Przekrętu".

Jak to zazwyczaj bywa w autorskich projektach Ritchiego, w "Dżentelmenach" błyszczy obsada aktorska. Charyzmą i władzą bucha wcielający się w szefa marihuanowego półświatka Matthew McConaughey, ale część obsady wcale nie pozostaje w tyle. Ponownie sporym pozytywnym zaskoczeniem okazuje się Hugh Grant, który w późnych latach zaczyna doskonale odnajdywać się w rolach przerysowanych oblechów. Jedną z ciekawszych ról w swojej karierze zaliczył Colin Farrell, a komiczny talent objawia znany głównie z "Sukcesji" Jeremy Strong, który brawurowo odgrywa snobistycznego milionera. Dość jednostajny aktorsko Charlie Hunnam także daje radę jako próbujący zachować ogładę, a tak naprawdę skrywający w sobie wielką agresję, pedant. Jeśli ktoś lubi kino oparte w dużej mierze na charyzmatycznych występach aktorów, którzy brawurowo wypowiadają cięte kwestie, jednocześnie czyniąc cuda ze swoim akcentem, to "Dżentelmeni" na pewno przypadną mu do gustu. Zawodzi za to inny znak rozpoznawczy filmów Ritchiego, czyli zabawa wizualna formą. "Dżentelmeni" są obrazem skręconym dynamicznie i przyjemnym wizualnie, ale trochę brakuje tutaj takich szaleństw, jak teledyskowy montaż, split screen z kilkoma narracjami naraz czy większa liczba bardzo ostrych, szybkich cięć. Trudno nie snuć teorii, że reżyser tym razem musiał zapanować nad swoimi popędami.

 

"Dżentelmeni" to Guy Ritchie zrobiony "po bożemu". Można tutaj znaleźć wszystkie cechy, z którymi kojarzymy jego kino. Dzieje się dużo, bohaterowie są charyzmatyczni, dialogi błyszczą, a groteskowa przemoc bawi, ale jednocześnie wprowadza poczucie dyskomfortu. Całość śmiga gładko, przez co czasami wydaje się zbyt wykalkulowana. Brakuje tej charakterystycznej chropowatości i pazura, dzięki któremu pojawiają się pomysły może nie do końca udane, ale świadczące o charakterze reżysera. To jednak tylko narzekania miłośnika początkowego kina Ritchiego, bo ta jego stara-nowa wersja na pewno przypadnie do gustu tym, którzy stęsknili się za porządną komedią gangsterską w trochę niedzisiejszym stylu.


Dżentelmeni

Tytuł oryginalny: The Gentlemen

USA, 2019

Miramax

Reżyseria: Guy Ritchie

Obsada: Matthew McConaughey, Charlie Hunnam, Michelle Dockery



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive