Bilk: W muzyce nie ma miejsca na współzawodnictwo

Choć na koncie mają dopiero kilka singli i EP-kę "Chipped Out", to nie sposób przejść obok nich obojętnie. Bilk czerpie z punk rocka i hip-hopu, co przywołuje na myśl Jamiego T, a do tego dochodzą jeszcze szczere teksty opisujące rozterki, wzloty i upadki, z którymi mierzy się młodzież. Mają dopiero po dwadzieścia kilka lat, ale warto mieć ich na oku - przyszłość może okazać się dla Bilk bardzo obiecująca.

Barbara Skrodzka: Na Reeperbahn Festival wiele zespołów liczy, że ktoś je zauważy. Myślicie, że wam się uda?
Sol Abrahams: W klubie, w którym wczoraj graliśmy występowali także Fontaines D.C. - ich muzyka ma trochę inny klimat niż to, co my robimy, ale to nadal gitary, bas, perkusja oraz wokal. Wiele brytyjskich zespołów może pochwalić się bardzo dobrą publicznością w Europie, są w stanie grać koncerty w niemal każdym kraju, ludzie przychodzą, by ich zobaczyć i czują ich muzykę. My także chcemy dojść do takiego poziomu.

Poruszacie tematy, z którymi zmaga się niemal każdy młody człowiek. Pojawia się uczucie bezsensu i niemocy, problem ze znalezieniem pracy, dzięki której można by się utrzymać...
SA: Śpiewam o moim życiu. To dokumentacja tego, co się wydarzyło. Piszę o tym, jak znaleźć pracę, o relacjach między ludźmi i sposobach na spędzanie wolnego czasu. Może się do tego odnieść każda młoda osoba. Jeśli dorastasz w określonym środowisku, w otoczeniu pewnych ludzi i ponad to nie znasz niczego więcej, to twój świat może być bardzo ograniczony. Dlatego wiele dzieciaków zostaje dilerami narkotyków, tak jest prościej. Ciężko jest podążać właściwą ścieżką, brytyjski system edukacyjny jest słaby.

 

Często przewija się temat alkoholu i narkotyków.
SA: To normalne. Ludzie robią to i nadal będą robić, bo sprawia im przyjemność. Czasem palę trawkę i piję drinki. Są zespoły, które biorą cięższe rzeczy i patrząc na nich, możesz pomyśleć, że jest to bardzo fajne, ale często to tylko pozory.

 

Jak wygląda wasze życie w Anglii?
SA: To ciąg wzlotów i upadków. Właśnie to staramy się pokazać w naszej muzyce. Takie jest życie i dobrze jest to wyrazić. W naszych utworach opowiadamy o byciu znudzonym miejscem, w którym mieszkasz, bo nie masz nic ciekawego do roboty. Dobrze jest dokumentować swoje życie przez muzykę i robić rzeczy, które są produktywne. Gdybyśmy nie zostali muzykami pewnie zmarnowalibyśmy swoje życia. Muzyka ma siłę, dlatego chcemy ją grać i inspirować innych do działania, zrobienia czegoś wartościowego, do zmiany.

Jak dzielicie się pracą w zespole?
SA: Piszę piosenki, a później pokazuję je chłopakom. Pracujemy nad nimi razem i dalej rozwijamy jako zespół. Kiedy pojawia mi się w głowie jakiś pomysł, zapisuję go i razem nad nim pracujemy z gitarą akustyczną. Wszystko robimy na równi i zawsze chcemy, by było to jak najlepsze. W każdej piosence znajduje się inna inspiracja.

 

Luke Hare: Niczym nieograniczona kreatywność jest jedną z zalet, kiedy jest się zespołem z undergroundu, którego nie hamują żadne kontrakty. Robimy to, co chcemy i zawsze dajemy z siebie sto procent. Może jeśli spojrzymy na te piosenki z kilka lat, pomyślimy, że nie miały sensu. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że to był błąd, który sami popełniliśmy i nie będziemy mogli zrzucić winy na kogoś z zewnątrz albo na wytwórnię, która kazała nam coś zrobić.

Harry Gray: Teraz pracujemy z kilkoma producentami. Od czasu pierwszych singli nasze brzmienie znacznie się rozwinęło. Lubimy mieć kontrolę nad tym, co tworzymy i robić rzeczy po naszemu. Samemu łatwiej jest podejmować decyzje.

 

Macie niewiele ponad dwadzieścia lat, na scenie macie tremę czy już się przyzwyczailiście?
SA: Zawsze jesteśmy nerwowi podczas koncertów, które są dla nas ważne albo kiedy pod sceną znajduje się dużo osób. Lekkie zdenerwowanym oznacza, że obchodzi cię to, jak pójdzie ci koncert.

HG: Zazwyczaj towarzyszy nam podekscytowanie i adrenalina. Gdy graliśmy na RiZE Festival w Chelmsford, występowaliśmy na największej scenie i wtedy osiągnęliśmy największy stopień szczęścia.

Czyli jeśli chodzi o muzykę, to raczej twardo stąpacie po ziemi?
SA: Granie w zespole jest jedną z tych rzeczy, które robisz po to, żeby być szczęśliwym. Mamy wsparcie w naszych rodzinach, więc pewnie gdybyśmy poczuli się za dużymi gwiazdami, sprowadzili by nas na ziemię. Najważniejsza jest dla mnie lojalność, bycie normalnym człowiekiem.

LH: Ja chce być gwiazdą rocka. Jeśli się nam uda, będę zachowywał się jak gwiazda, bo dlaczego nie? Żartuję [śmiech].

 

SA: Jedyną rzeczą, która może się w przyszłości zmienić, jest zaangażowane większej ilości osób w ten projekt. Już teraz możemy to odczuć. Jesteśmy bardziej znani niż byliśmy rok temu.

Odczuwacie duże współzawodnictwo pomiędzy zespołami w Chelmsford?
HG: Nie, nie ma żadnego współzawodnictwa, bo jesteśmy tylko my [śmiech].

SA: Według mnie w muzyce w ogóle nie ma miejsca na współzawodnictwo. Nie rozumiem tego. Jeśli jakaś muzyka jest zła, to oczywiście może być krytykowana, ale my piszemy o tym, o czym mamy ochotę pisać i jeśli komuś się to nie podoba, to już jego sprawa. Nie obchodzi nas to.

 

Spotkaliście się z obcesowym traktowaniem ze strony innych zespołów?
SA: Znam kilka takich zespołów, ale nie będę wymieniał nazw... Czasem gdy idziesz się przywitać, niektórzy traktują cię w taki sposób, jakby nie chcieli cię znać... Dlatego my nie chcemy być takim zespołem.

LH: Każdy kiedyś zaczynał z tego samego poziomu, dlatego nie rozumiem osób, które zachowują się w podobny sposób.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive