Bleib Modern

VHS: Mroczny anioł. Dolph Lundgren kontra narkoman z kosmosu

70%

Niby już początek lat 90., a jednak od "Mrocznego anioła" wciąż emanuje charakterystyczna aura lat 80. - trochę brutalnie, ale nieporadnie, trochę ponuro, ale też zabawnie, a w dodatku w roli głównej Dolph Lundgren, który na koncie miał wówczas zaledwie kilka ról, ale niemal same kultowe, między innymi jako Ivan Drago, He-Man czy Punisher.

Cholera, co za gówno... Sukinsyn - to pierwsze słowa, jakie padają w "Mrocznym aniele" i już wiadomo, jakiej klasy będzie to film... klasy B oczywiście. Cholera, gównosukinsyn padają zresztą jeszcze wielokrotnie w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut, na przemian z wystrzałami z rewolwerów, uderzeniami gargantuicznych pięści (zarówno Lundgren, jak i Matthias Hues, jego ekranowy przeciwnik, mierzą blisko dwa metry wysokości) i pościgami. Tak, fabuła filmu Craiga R. Baxley'a (wcześniej reżysera "Szalonego Jacksona" i kilku odcinków "Drużyny A", później niczego wartego uwagi) jest do bólu sztampowa, ale właśnie dlatego po dziś dzień "Mroczny anioł" ma oddane grono fanów.

Początek to standard - glina nieprzepadający za trzymaniem się litery prawa w jednej z akcji traci partnera i za punkt honoru obiera dorwanie mordercy, ale zanim wyrusza w samotną krucjatę, przełożony przydziela mu irytującego towarzysza, z którym przez pół filmu będzie wymieniał się złośliwościami, a przez kolejne pół zaprzyjaźniał się. Widzieliście to już gdzieś? Na pewno wiele razy, a jedyna drobna różnica jest taka, że antagonista to nie człowiek, lecz kosmita. Nagromadzenie tych wszystkich klisz jest tak duże, że "Mroczny anioł" z czasem przestaje przypominać odtwórczy banał, wygląda raczej na podsumowanie kończącej się dekady w niemal przerysowanym, ale nie prześmiewczym wydaniu.

 

Tym, co wyróżnia ten "buddy cop" film jest - zgodnie z tytułem - dość mroczny ton, miejscami przypominający pierwszego "Terminatora". Ma to odbicie zarówno w palecie wybranych kolorów, jak i w postaci bezwzględnie wykańczającego kolejne ofiary na drodze do celu Taleca (Matthias Hues) - odczłowieczonego twardziela, który zdaje się być wprost skopiowany z T-800. No może poza tym, że ma słabość do heroiny. Co ciekawe, nie ma tu jednocześnie nadmiernej, charakterystycznej dla Hollywood ekspozycji i właściwie aż do ostatnich scen nie wiadomo, jaka stoi motywacja za morderczym kosmitą, co skutecznie buduje aurę tajemniczości.

Różnicę stanowią także Lundgren i Hues - obydwaj obdarzeni monumentalną aparycją, obydwaj wyszkoleni w sztukach walki i obydwaj skutecznie prezentujący i jedno, i drugie przed kamerami. Na ich korzyść przemawia dodatkowo zakulisowa wiedza o tym, że z powodu swoich gabarytów nie mogli liczyć na wsparcie kaskaderów i wszystkie sceny odegrali osobiście, a patrząc na olbrzymiego Huesa skaczącego po eksplodujących samochodach, wydaje się to jeszcze bardziej imponujące.

 

Wrażenia potęguje polskie wydanie VHS z piękną, odblaskową okładką i jeszcze piękniejszym tłumaczeniem z bólem odczytywanym przez Andrzeja Butruka, znanego także jako współzałożyciela T-raperów znad Wisły (choć na okładce widnieje nazwisko Marka Gajewskiego). Zbiór "one-linerów" i wulgaryzmów wyrzucany jest z ust wszystkich postaci przewijających się przez ekran z taką prędkością, że lektor ledwo nadąża, a czasami wręcz nie nadąża i trudno stwierdzić, kto którym przekleństwem rzucił, bo akcja już dawno pognała naprzód (są nawet dwa momenty, kiedy dochodzi do całkowitego zagubienia i ten sam wers zostaje odczytany dwukrotnie, choć z oryginalnej ścieżki jasno wynika, że nie powinno do tego dojść). Krótko pisząc, cały ten kicz, który stereotypowo kojarzy się dzisiaj z kasetami magnetowidowymi i wypożyczalniami jest tutaj obecny w pigułce i dostarcza rozrywki na najwyższym/najniższym poziomie.

Kariera "Mrocznego anioła" okazała się dość zagmatwana. Najpierw wyświetlano film w Południowej Korei w styczniu 1990 roku, później między innymi na Tajwanie i w wielu krajach europejskich, a dopiero w lipcu zadebiutował w Stanach Zjednoczonych na konwencie Los Angeles Comic Book and Science Fiction Convention, tyle że wówczas miał już inny tytuł... Producenci doszli do wniosku, że "Dark Angel" może być mylone z innymi nazwanymi w ten sposób filmami (z 1925 i 1935 roku), więc w ostatniej chwili wybrali "I Come in Peace" (jedyne zdanie wypowiadane przez Huesa na ekranie). Jak przystaje na tego rodzaju produkcje, recenzje były niemal w stu procentach negatywne, ale po latach fanów wciąż przybywa i to do tego stopnia, że co jakiś czas pojawiają się pogłoski o możliwym sequelu, chociażby z ust samego Matthiasa Huesa, który twierdzi, że praca przy "Mrocznym aniele" była jego najwspanialszym doświadczeniem aktorskim (i raczej nie przesadza, bo inne jego "znane" filmy to "Szpony orła", "Hycel" czy "TC 2000"). Miejmy jednak nadzieję, że plany na odrodzenie "Mrocznego anioła" nigdy nie zostaną zrealizowane, bo już rok 1990 był późnym momentem na tego typu produkcję, a w roku 2020 to się po prostu nie może udać.


Mroczny anioł

Tytuł oryginalny: Dark Angel

USA, 1990

Vision PDG

Reżyseria: Craig R. Baxley

Obsada: Dolph Lundgren, Brian Benben, Matthias Hues



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive