B-E

Blush Cannon - "Dead End"

Blush Cannon wiele łączy z wymienionym wyżej Bałtykiem - to także bardzo melancholijna, oparta o brzmienie gitary muzyka, przy której nawet najwięksi twardziele ronią łzy. "Dead End" jest jednak materiałem bardziej złożonym od strony aranżacji, wykorzystującym bogatszą paletę dźwięków, czasami ocierającym się wręcz o akustyczne emo.

Bluszcz - "W naszych domach"

Bluszcz brzmi prawie przebojowo. Duet sięga po bity wyciągnięte wprost z lat 80., potrafi układać zgrabne melodie, ale zamiast zadać ostateczny cios chwytliwym refrenem, stawia na powściągliwość, zatrzymanie się w miejscu, snucie historii bez wyraźnej konkluzji i właśnie dzięki temu "W naszych domach" nie przypomina szeregu innych pop-elektronicznych albumów, które desperacko żebrzą o miejsce w programach dożynkowych imprez czy juwenaliów.

Bruno Janiszewski - "Opowieść źródeł"
Bruno Janiszewski trafia do naszego podsumowania właściwie rok w rok, ale to nigdy nie jest ten sam Bruno Janiszewski. Największą zmianę przeszedł w ubiegłym roku, kiedy zrezygnował z nagrywania pod pseudonimem Suffering Astrid i wydał znakomity "Tatrzański oniryzm" pod własnym nazwiskiem. Tamten materiał był swoistym nowym folkiem polskich gór, a "Opowieści źródeł" przybrały znacznie mroczniejsze barwy.

Ciśnienie - "JazzArt Underground"
Jazz i rock zestawione obok siebie trącą prostym skojarzeniem - fusion. Dla niektórych osób tyle wystarczy, żeby zrezygnować z odsłuchu, ale co jeśli zestawimy jazz i post-rock? Wtedy dzieją się rzeczy magiczne, a może nawet bardziej kosmiczne, raczej wprowadzające w trans niż imponujące technicznymi fajerwerkami i Ciśnienie na swoim prawie w całości koncertowym debiucie potrafi użyć tych argumentów do omamienia słuchaczy.

Cudowne Lata - "Kółko i krzyżyk"

Wiadomo, które lata są cudowne - młodości i wszystkich tych pierwszych razów, które do pewnego wieku nieustannie obiecują, że życie cały czas będzie ekscytujące. Duet Cudowne Lata ożywia tęsknotę za tamtymi czasami, ale nostalgia nie jest tutaj obiektem kultu, to raczej historia o tym, że było fajnie, ale teraz też jest okej.

Czerwone Świnie - "Basta dziwko"
Co wyniknie z połączenia sił scenarzysty i reżyserki teatralnych, szefa Kayaxu i człowieka, który za struny gitary szarpie od trzech dekad (między innymi w Houk, Elvis Delue czy The Black Tapes)? Wydawać by się mogło, że absolutnie nic, że to sztuczne połączenie przypominające Spice Girls, gdzie spece od marketingu każdej członkini grupy wymyślili inną "osobowość", by przyciągnąć jak najszerszą grupę fanów i fanek. Ale Czerwone Świnie to znacznie więcej, to wściekła muzyka udowadniająca, że bunt nie ma daty przydatności, a bunt wieku dojrzałego ma nawet drobną przewagę, bo z tych tekstów już się nie wyrośnie.

Daniel Spaleniak - "Burning Sea"

Spaleniak wzrusza i porusza od dawna, ale w końcu musiał nadejść ten moment, że jego brzmienie zacznie ewoluować. Kierunek obrał z jednej strony zaskakujący, z drugiej bardzo naturalny - zaskakujący, bo całkowicie zrezygnował ze śpiewu; naturalny, bo od dłuższego czasu tworzy muzykę do filmów i seriali, a "Burning Sea" jest właśnie taką kinową opowieścią z wyraźnym początkiem, środkiem oraz zakończeniem.

Dogs in Trees - "Echo"
Po dłuższej przerwie Dogs in Trees powróciło jako trio, wyposażone w akustyczną perkusję i szereg nowych inspiracji. Nadal silnie emanuje od nich ponura aura gotyckiego rocka, ale większość utworów na "Echo" napisano w języku polskim, co w połączeniu ograniczoną (w stosunku do wcześniejszych wydawnictw) ilością efektów na wokalu poskutkowało brzmieniem przywodzącym na myśl wczesne dokonania Republiki.

Dren - "Time & Form"
Debiutancki materiał producentów Natta i Aktona to osiem powoli rozwijających się utworów, które przechodzą od ambientu do power noise'u na zwolnionych obrotach. Można sprowadzić tę muzykę do roli tła, ale jeśli się w nią wsłuchać, zaskakuje subtelną wściekłością.

Drip of Lies - "Hell"
To niby to samo Drip of Lies, które w 2012 roku nagrało album "Failure", a jednak brzmi zupełnie inaczej - ciężej, oryginalniej, bardziej melodyjnie, co jest tym bardziej zaskakujące, że jeszcze wyraźniejsze są tutaj naleciałości z black metalu... Ale kto powiedział, że nie można tańcem sławić kozła?

EABS - "Slavic Spirits"

Electro-Acoustic Beat Sessions to fenomen na miarę The Comet is Coming czy Kamaala Williamsa, jazzowy zespół, któremu udało się dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców, a "Slavic Spirits" dowodzi, że nie stało się tak przez przypadek. To niebanalny materiał czerpiący z wielu estetyk, przemieniający je w coś, co sami muzycy nazwali słowiańską melancholią.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive