Awatair - "Awatair Plays Coltrane"

82%

Grać Coltrane'a to sztuka niełatwa i nie jeden już się na niej wyłożył (chociażby Jukka Tolonen i jego gitarowe "Cool Train" albo hołd Christophe'a Dal Sasso i Belmondo Big Band). Cały trik polega na tym, żeby sięgając po twórczość wirtuoza uznawanego za niemalże półboga, znaleźć równowagę pomiędzy inspiracją a autorskim rozwinięciem, wywołać ducha, ale nie dać się mu opętać, co trio Awatair doskonale rozumie.

Zespół złożony z jazzowej połowy Lonker See (Tomasza Gadeckiego i Michała Gosa) oraz Marka Tokara już na wstępie rzuca wyzwanie, bo nie sięga po "Blue Train" czy "Giant Steps" - najpopularniejsze albumy Coltrane'a - tylko po schyłkowy okres jest twórczości. Pierwsza trudność wynika z tego, że aby znaleźć punkty wspólne, wiele osób będzie musiało odrobić pracę domową i albo dopiero poznać, albo wrócić do wydanego w 1966 roku "Meditations", z którego Awatair czerpie najobszerniej. To wart poświęcenia czasu wysiłek, który pozwoli bardziej docenić album trójmiejsko-lwowskiego projektu, ale akurat czas to waluta, której wszystkimi dzisiaj brakuje.

 

Druga trudność to charakter samego materiału. Coltrane w tamtym czasie uchodził za twórcę niezrozumiałego, słuchaczy raczej mu ubywało niż przybywało (o co zresztą nie musiał się na tamtym etapie kariery martwić), a pół wieku później niewiele się zmieniło. Na "Awatair Plays Coltrane" niektóre z jego tematów powracają niemalże jako dosłowne cytaty przetasowane free jazzowymi improwizacjami tria, ale granice pomiędzy tymi dwiema metodami są trudne do wychwycenia, płynne, rozmazane i przede wszystkim zupełnie nieistotne. Tytuł albumu może prowokuje do szukania podobieństw i różnic, ale znacznie lepiej słucha się tego trwającego trzy kwadranse materiału bez dodatkowego balastu.

 

Dziesięciominutowe "The Father and the Son and the Holy Ghost" narzuca mordercze tempo, które zdaje się być tym bardziej zawrotne, że każda sekunda wypełniona jest gęsto słanymi dźwiękami. Saksofon niemal nie milknie, wykrzykuje szaleńczy monolog na pierwszym planie, a w tle nieprzerwanie wtórują mu tak częste pociągnięcia za struny kontrabasu, że choć nieregularne, po kilku minutach zaczynają komunikować jakiś ukryty rytm, a także uderzenia w perkusję ze szczególnym zamiłowanie do talerzy, co wzmacnia hałaśliwą tożsamość utworu i to do tego stopnia, że gdyby zestawić go z siarczystą, black metalową kompozycją, trudno byłoby wskazać, które z nich z większą zawziętością katuje mózg słuchacza.

 

Ważny przy odsłuchiwaniu tego materiału jest również kontekst - "Awatair Plays Coltrane" zostało zarejestrowane podczas występu na festiwalu Jazz Jantar w Gdańsku, to drugi występ tego tria, a poprzedziło go zaledwie kilka wspólnych prób. Żywioły są więc obecne nie tylko w nazwie zespołu (water, air), ale także w graniu na żywioł i podobnie jak nie da się uciec spod wpływu silnego wiatru czy ulewnego deszczu, tak i trudno wzbraniać się przed tą muzyką, kiedy znajdzie się w zasięgu jej wpływu.


Fundacja Słuchaj!/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive