Bleib Modern

Here Comes Hell. Krwawy horror zainspirowany latami 30.

82%

"Downton Abbey" spotyka "Martwe zło" - tak reklamowany jest debiutancki obraz Jacka McHenry'ego i dla części widzów żadna dodatkowa zachęta nie będzie potrzebna.

Hasło choć chwytliwe, nie do końca pokrywa się z tym, co faktycznie możemy zobaczyć na ekranie. McHenry inspirował się raczej klasykami z lat 30., chociażby "Hrabią Zarowem", "Starym mrocznym domem" czy potworami studia Universal, ale drugi składnik - czyli przygody Asha Williamsa - jest już jak najbardziej właściwie dobrany.

 

W pierwszych minutach filmu to właśnie forma przykuwa uwagę. Postacie wymieniają mnóstwo dialogów, które nie są ani tandetne czy amatorsko recytowane, ani szczególnie interesujące czy posuwające fabułę naprzód. Magnes stanowią jednak archaiczny format obrazu 4:3 (czyli niemal kwadrat), czerń i biel, nastrojowa muzyka, tylna projekcja w scenach jazdy samochodem, starannie dobrana scenografia i kostiumy. Nie jest to wprawdzie idealne naśladownictwo, a skromny budżet (dziesięć tysięcy funtów zebrane przez Kickstartera) rzuca się w oczy, niemniej dla osób zafascynowanych wczesnym kinem grozy "Here Comes Hell" będzie wyjątkową gratką.

Akcja zawiązuje się dopiero w połowie filmu, co nie trwa aż tak długo, bo całość zamyka się w niespełna osiemdziesięciu minutach. To właśnie wtedy "Here Comes Hell" zmienia ton z wzbudzającego strach we wzbudzający obrzydzenie (co - rzecz jasna - należy rozumieć jako jego zaletę). Komedia gore z zastosowaniem solidnych praktycznych efektów specjalnych oraz animacji w każdej kolejnej scenie odsłania następne szalone pomysły i faktycznie zaczyna przypominać wczesne, skromny dzieła Sama Raimiego - chociażby połamane, śmieszno-straszne stworzenia, ujęcia przedstawione z ich perspektywy, postacie skurczone do rozmiarów zabawki, pochłaniający wszystko wir czy dłonie zastąpione... czymś o ostrych zębach i przede wszystkim widowiskowe zgony.

McHenry w drugiej połowie "Here Comes Hell" koncentruje się przede wszystkich na dostarczaniu doznań ludycznych, ale nie zapomina o relacjach pomiędzy swoimi bohaterami i bohaterkami, które kreował przez ponad pół godziny wstępu. To właśnie dzięki temu przydługiemu otwarciu ich losy nie są później dla widzów obojętne, a przynajmniej nie tak bardzo, jak byłyby, gdyby pięcioro anonimowych osób przyszło na rzeź do nawiedzonego domu. Reżyser z wielką dbałością odtworzył nastrój filmów z lat 30., ale na korzyść jego bohaterek przemawia uwspółcześnienie wizerunku kobiety - Christine (Margaret Clunie) czy Elizabeth (Jessica Webber) nie są stereotypowymi protoplastkami scream queen zdanymi na bohaterstwo mężczyzn, nie ma tu także typowej delikatnej dziewicy jako final girl. Wygląda to trochę tak, jakby McHenry cofnął się w czasie i stworzył alternatywny ciąg dalszy dla klasycznego horroru.

 

"Here Comes Hell" to skromny, niskobudżetowy indie horror stworzony z ogromna pasją i tylko do pasjonatów i pasjonatek tego rodzaju przedsięwzięć skierowany. Trzeba mieć wysoki próg tolerancji dla amatorskich filmów i zdolność czerpania radości z obrazów kręconych nie w hollywoodzkim standardzie, żeby się do niego przekonać, ale jeżeli ten opis dotyczy was, powinniście być zachwyceni.


Here Comes Hell

Anglia, 2019

Trashouse Films

Reżyseria: Jack McHenry

Obsada: Jessica Webber, Margaret Clunie, Tom Bailey



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive