Wolf Alice

W połowie lipca Polskę opanował wirus zwany freazymanią.

Zewsząd dochodziły dźwięki autorstwa nieznanego dotąd szerzej zespołu Wolf Alice. Można było odnieść wrażenie, że w pewnym momencie wszyscy podśpiewywali pod nosem enigmatycznie brzmiący tekst singla z pierwszego pełnowymiarowego krążka tej kapeli. Po sukcesie wydawnictwa "My Love Is Cool" zespół postanowił odwiedzić Polskę pod koniec lutego, jednak dynamicznie rozwijająca się kariera (i zaproszenia na takie prestiżowe wydarzenia muzyczne, jak rozdanie Grammy czy nagród BRITs) zmusiły załogę do zmiany planów. Koncert w warszawskich Hybrydach przełożono 7 września, a ja postanowiłam przekonać się, czy "debiut dekady" wypada równie dobrze na żywo.

Koncert zaplanowano na godzinę 18.45, a rozpoczął go brytyjski indie rockowy Gengahr, znany mieszkańcom Trójmiasta choćby z udanego występu w czasie zeszłorocznego Soundrive Festu. Chłopcy rozpoczęli występ chwytliwym "Heroine", który poderwał zgromadzoną pod sceną (w niewielkiej liczbie, trzeba przyznać) publiczność. Mimo braku tłumów gengahrowa ekipa podkreślała swoją radość z przyjazdu do Polski, a w ich występie rzeczywiście widać było dużą satysfakcję z grania mimo niewielkiej frekwencji. W czasie występu nie zabrakło hipnotycznego, nieco rzewnego "Bathed in Light" czy singlowego, mocno rytmicznego "She’s a Witch" z wybijającymi się pod koniec połamanymi, gitarowymi brzmieniami. Po czterdziestu pięciu minutach Gengahr zakończył występ słodko-ostrym "Powder", aby wśród oklasków zadowolonej publiczności opuścić scenę i przygotować miejsce dla gwiazdy wieczoru - Wolf Alice.

Ekipa z północnego Londynu nie kazała na siebie długo czekać. Po szybkich przygotowaniach młodziutka Ellie Rowsell wraz z kolegami pojawiła się na scenie i rozpoczęła występ mocnym zestawem w postaci dwóch ostrzejszych kompozycji - na pierwszy ogień poszło "Your Love’s Whore", zaś zaraz po nim - "You’re a Germ". Pierwszym oddechem było lekko funkujące "Freazy", obecnie chyba najbardziej znany kawałek Wilczej Alicji. Ponieważ to mocniejsze gitary są ulubionym narzędziem pracy muzyków, następna część setu była także dosyć pikantna - publiczność została poczęstowana surowym, bo obdartym do prostej gitary, perkusji i wokalu, "Lisbon"; rozmarzonym, zmysłowym i nieco dusznym "90 Miles Beach" z debiutanckiej EPki, po którym surowy klimat niczym z psychodelicznego snu został podtrzymany za sprawą pięknej ballady "Silk". Aby ożywić nieco wprowadzoną w trans publiczność, jako następny utwór Ellie zaintonowała "The Wonderwhy". Pozostałą część koncertu wypełniły energetyczne "Storms"; spokojniejsze, bardzo melodyjne (i okraszone męskim wokalem siedzącego za perkusją Joela Ameya) "Swallowtail"; wykręcony, krzykliwy (dosłownie i w przenośni), ale na pewno nie pluszowy "Fluffy". Na deser jeszcze drapieżne "She", "Moaning Lisa Smile" - i ku rozpaczy fanów - można schodzić ze sceny. Nie na długo jednak, bowiem oklaski ponownie wywołały brytyjskich ulubieńców do odpowiedzi na - muszę przyznać - moim zdaniem najlepszą część koncertu. W chłodnym świetle reflektorów głos Ellie wydawał się lekko drżeć, gdy przy "Turn to Dust" po raz kolejny wyśpiewywała swoje credo: Nie spuszczaj ze mnie z oczu/abym była pewna, że nie zamienię się w pył. Po nim jeszcze słodkogorzki duet wokalny z perkusistą w kawałku "Blush", smaczny gitarowy hałas w "Giant Peach" (oraz trochę ruchów scenicznych w postaci nieskomplikowanego układu choreograficznego) i niespełna półtoragodzinny koncert dobiegł końca.

Muszę przyznać, że Wolf Alice odwalili kawał dobrej, muzycznej roboty. W skromnej przestrzeni klubu Hybrydy można było poczuć się jak podczas największych muzycznych imprez pokroju Glastonbury, a to za sprawą atmosfery, jaką ta zaledwie czteroosobowa, brytyjska ekipa stworzyła na scenie. Maksymalnie skupieni na grze (co mogło nieco drażnić, ponieważ kontakt z publicznością został przez muzyków mocno ograniczony), nie pozwolili sobie nawet na minimalną chwilę dekoncentracji czy jeden fałszywy dźwięk. Koncert niewątpliwie pozbawiony był fajerwerków. Nie było rzucania pałeczkami, zdejmowania t-shirtów czy opowiadania na scenie zabawnych historii z życia zespołu. Było za to solidne, skondensowane granie, po którym został lekki niedosyt, bo czemu tylko półtorej godziny, czemu bez eksperymentalnego "Soapy Water", które równie dobrze mogłoby znaleźć się w repertuarze Cocteau Twins? Cóż, widocznie taki był plan - zostawić polską publiczność głodną wrażeń, niecierpliwie oczekującą na kolejną wizytę zespołu. Mam nadzieję, że ekipa z Wolf Alice swoim kolejnym krążkiem przynajmniej dorówna debiutanckiemu longplayowi, a to wielkie wyzwanie, bo chyba odsłonili już wszystkie karty. Obym się myliła.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive