Shining, Intronaut, Obsidian Kingdom

Rolo Tomassi, Brujeria, Rosetta - mała scena klubu B90 z miesiąca na miesiąc działa coraz sprawniej, a miniony koncert dwóch "headlinerów" - Intronaut oraz Shining - to kolejny dowód na to, że Trójmiasto potrzebuje nie tylko klubu na duże koncerty, ale także takiego, gdzie zgromadzić się będzie mogła dwustu-trzystuosobowa nisza.

Wnioskując po statystykach z portali społecznościowych, wszystko się zgadza - Shining oraz Intronaut na trasie w roli co-headlinerów powinno być rozwiązaniem sprawiedliwym. Faktycznie jednak nie mogło być przypadkiem, że akurat w Gdańsku jako ostatni wystąpili Norwedzy. Shining ma tutaj dużą grupę fanów, co zresztą sami podkreślali ze sceny, twierdząc, że niezależnie, czy grali na Offie, festiwalu Asymmetry, czy też w klubach, zawsze spotykali się z doskonałym przyjęciem. W moim odczuciu nie powinno być to jednak jedynym powodem. Obecnie Intronaut jest po prostu mocnym średniakiem, zbiorem standardowych elementów dla post-metalu z okazjonalnymi wycieczkami do djentu. Co jednak najciekawsze - i tu raczej nie spotkam się ze zrozumieniem większości uczestników wydarzenia - występ wieczoru nie należał do żadnej z tych grup.

 

"A Year With No Summer", drugi album barcelońskiego Obsidian Kingdom, znam niemal na pamięć, a jest tu co zapamiętywać, bo prawie każdy utwór czerpie z innego gatunku. Wystarczy wspomnieć nazwiska dwóch gości, którzy gościnnie wystąpili w rolach wokalistów - Kristoffer Rygg (głos Ulver) oraz Attila Csihar (Mayhem) - aby dać wyobrażenie zarówno o zawartych w materiale różnicach, jak i punktach wspólnych. Oczywiście trasa musiała obyć się bez dodatkowego personelu, ale z głosem, jaki posiada Rider G Omega - jedyna osoba związana z zespołem od samego początku - właściwie nie potrzeba żadnego dodatkowego wsparcia. W spokojniejszych utworach przypominał wokalistę którejś z prog rockowych kapel tworzących w latach 70. (na przykład "Darkness", gdzie pobrzmiewają fascynacje Peterem Gabrielem), kiedy indziej (zwłaszcza w dwóch utworach pochodzących z wcześniejszego wydawnictwa - "Last of the Light" i "Ball-Room") wyrzucał z siebie typowo black metalowe wyziewy.

 

Z kuluarów wiem, że zespoły zostały ostrzeżone przez wcześniejszych bywalców B90 i wiedziały, z jak solidnie przygotowanym klubem będą miały do czynienia. Obsidian Kingdom postanowiło wykorzystać to do stworzenia materiału wideo i przez cały występ śledziło ich aż sześć obiektywów, a oni sami starali się, aby uwieczniono więcej niż statyczny obraz odgrywających kolejne kawałki muzyków. Omega szybko upodobał sobie frontowe kolumny, które stanowią swoiste przedłużenie sceny i co chwila wskakiwał na nie, by zbliżyć się do publiki. Basista Om Rex Orale wił się po scenie, obsługujący klawisze Seerborn Ape Tot wymachiwał głową z takim zawzięciem, że zdawał się być o krok od uderzenia o dechy, a cała trójka obsługująca gitary nieustannie zamieniała się miejscami. Jedyne, co mogło odrobinę irytować (i to podczas całego wieczoru) to skrajny przesyt świateł realizowanych przez zespołowego oświetleniowca. Sprawiał wrażenie dziecka tak podekscytowanego nową zabawką, że koniecznie musiał wypróbować wszystkie jej możliwości.

 

Dwóch stojących obok mnie mężczyzn szeptało w trakcie tego występu: "Ty, oni są nawet fajni" i już samo to świadczy o tym, że trasa u boku Shining oraz Intronaut wyjdzie Obsidian Kingdom na dobre, a jeszcze bardziej świadczy to o tym, że warto na koncerty przychodzić od samego początku i odkrywać nowe zespoły. Dla mnie był to zdecydowanie najlepszy moment tego wieczoru, niestety także ze względów pozamuzycznych…

Od występu Intronaut za konsoletą pojawił się osobisty dźwiękowiec zarówno ich, jak i Shining. Taki zabieg z jednej strony pozwala zespołom na więcej komfortu, bowiem siedzi przed nimi człowiek, który doskonale zna ich oczekiwania. Z drugiej strony poza oczekiwaniami istotna jest akustyka sali i tutaj niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Z technicznej gry Intronaut trudno było wyłapać wyraźne na albumach niuanse, a głos Sachy Dunable ginął pod grubą warstwą pozostałych dźwięków.

 

Pierwsza połowa setu to odegranie "The Direction of Last Things" - ostatniego albumu Amerykanów - w całości. Otwierające krążek (i tym samym koncert) "Fast Worms" oraz momentami przypominające najcięższe wydanie Killing Joke "The Pleasant Surprise" sprawdziły się na scenie, ale niestety nie jest to aż tak dobry materiał, jak trzy pierwsze wydawnictwa Intronaut. Na nich brzmieli naturalniej i wiarygodniej, prezentując techniczne udziwnienia. Tutaj często kompozycje zdawały się być na siłę udziwnione, skomplikowane dla samego popisu umiejętności, a nie dla przekazania emocji. Do końca nie wytrwałem i - sądząc po dużym ruchu przy barze - wiele osób miało podobne odczucia.

 

Przed pojawieniem się Shining, barierki dosunięto pod samą scenę na życzenie Jørgena Munkeby, lider grupy. Dla fotografów sytuacja fatalna, ale tłum był w niebo wzięty, gdy mógł rozpocząć szaleńczy taniec do dwóch utworów z "One One One" ("I Won't Forget" oraz "The One Side") tuż przy swoich ulubieńcach. Kilka osób rozpędziło się do tego stopnia, że już do końca setu nie potrafili spokojnie ustać w miejscu. Oczywiście zespół wykorzystał formę fanów i uraczył ich jeszcze dwoma starszymi "przebojami" ("Fisheye" oraz "My Dying Drive"), po czym przeszedł do serii kompozycji pochodzących z najnowszego krążka - "International Black Jazz Society". Tak się składa, że akurat w tym przypadku nowe oznacza lepsze, więc od zainaugurowania "The Last Stand" rozpoczęła się najciekawsza część programu.

 

Chwilą wytchnienia była ballada "House of Control", po której Munkeby wygłosił laudację pod adresem polskiej publiczności i zapowiedział wykonanie nowego utworu, którego gdańscy słuchacze mieli być rzekomo pierwszymi odbiorcami. Cóż, w dobie internetu łatwo podobne deklaracje zweryfikować i okazuje się, że "Everything Dies" wybrzmiało także podczas koncertów w Hamburgu i Berlinie, ale wierzę, że sympatia lidera Shining do fanów w Polsce jest szczera, w końcu to nie pierwsza osoba, która chwali reakcje tutejszej publiki na ukochaną muzykę. Na potwierdzenie usłyszeliśmy zresztą krótką anegdotkę o studiowaniu klasycznej muzyki przez Munkeby’ego oraz jego fascynacji trzema kompozytorami - Pendereckim, Lutosławskim oraz Góreckim.

 

Shining dało świetny, porywający koncert i chociaż wyraźnie starsze utwory powstały na podobnych, powtarzających się schematach, przetasowanie ich z najnowszymi, bardziej rozbudowanymi stworzyło piekło dla astmatyków, którym nie przysługiwało wiele chwil na złapanie oddechu. Jednym z najistotniejszych elementów muzyki Norwegów jest saksofon i o ile dźwiękowiec także tutaj nie popisał się wyczuciem przestrzeni, to akurat ten instrument brzmiał perfekcyjnie. Shining ma na swoją twórczość wyjątkowy pomysł i systematycznie wynosi go na coraz wyższe poziomy. Gdański koncert nikogo nie mógł zawieść, ale ja będę się upierał, że tego wieczoru najciekawszy, najmniej przewidywalny materiał zaprezentowało dopiero walczące o pozycję w swojej niszy Obsidian Kingdom.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive