.Wavs - ".Wavs"

64%

Jeżeli zanurzająca się w wodzie postać z okładki kojarzy się wam z "Nevermind" Nirvany, to kojarzy się wam dobrze. Krakowskie .Wavs czerpie pełnymi garściami z rocka z lat 90., ze szczególnym upodobaniem do charakterystycznego brzmienia Seattle, choć może niekoniecznie ze wskazaniem na zespół Kurta Cobaina.

O amerykańskim rocku z lat 90. w polskim wydaniu wspominaliśmy na Soundrive już kilkukrotnie (chociażby w poświęconym temu tematowi odcinku naszego podcastu - Soundrive Live), ale zazwyczaj były to odwołania do ówczesnego podziemia w wykonaniu między innymi Bastard Disco, Pavement Pizza czy Vermona Kids. .Wavs brzmią z kolei tak, że gdyby wsadzić ich w wymyślne urządzenie, które pozwala nie tylko cofnąć się w czasie, ale dodatkowo zmienić miejsce narodzin, to w Polsce znalibyśmy ich przede wszystkim z plakatów z Bravo i kaset Taktu.

 

Najlepszy przykład to żwawa ballada utrzymana w duchu Pearl Jam - "Anonymous Galaxy", której przydałoby się wprawdzie nieco więcej szlifów produkcyjnych, niemniej osoby w tamtym czasie wyjątkowo podatne na smutek wylewany przez potężne męskie głosy z miejsca zakochałyby się w śpiewie Macieja Kowalskiego. Spóźnionych przebojów jest na debiutanckim albumie zespołu więcej - wściekłe i desperackie (momentami bliskie Alice in Chains, którym zresztą bliskich jest wiele momentów na ".Wavs") "He Was Dead Anyway", taneczne "Do it Right" czy romantyczne "I Know Someone", ale im dalej, tym słabość do wpadających w ucho melodii jest coraz bardziej wytrącana, co przypomina zresztą ewolucja grunge'u w pigułce - wiele zespołów z tamtej sceny po wydaniu swoich komercyjnych przełomów ("Nevermind", "Ten", "Dirt") robiło zwrot ku muzyce o mniejszym potencjale komercyjnym.

 

Można przymknąć oko na tak szeroko zakrojoną reminiscencję, można uznać, że i tak cała współczesna muzyka ma duchologiczny charakter, więc dlaczego wyrażanie go wprost miałoby być gorsze od kamuflowania pod łączeniem stylów czy zastosowaniem nowoczesnych technologii? Trudno jednak nie zauważyć, że .Wavs ociera się wręcz o naśladownictwo, w czym nigdy nie popada jednak w żałość post-grunge'owych wydmuszek pokroju My Darkest Days, Creed, o Nickelback nawet nie wspominając. To największa zaleta tego albumu - nie ma zombiaczych tendencji do wsysania się w mózgi ofiar, które bezwiednie poddają się, bo w atakującym żywym trupie dostrzegły kogoś/coś bliskiego. .Wavs nie żerują na sentymencie i zdaje się, że nie przyświeca im idea siłowania się z hip-hopowym trendem i przywracaniem do życia (czy może raczej koryta) rocka. To szczera, autoteliczna muzyka o archaicznym, ale wciąż żywym brzmieniu, która przewrotnie trzy dekady temu mogłaby uchodzić za komercyjną, a dzisiaj trafi pewnie do wąskiego grona odbiorców.


wydanie własne/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive