Bleib Modern

VHS: Street Fighter. Nawciągany Van Damme ratuje świat

65%

Legendarne mordobicie, które na zawsze zmieniło oblicze popkultury zaledwie po siedmiu latach od premiery pierwszej części doczekało się ekranizacji kinowej, a ta po dziś dzień żyje własnym życiem i pobudza fantazję nowymi legendami. Od premiery "Street Fightera", którego kontekst jest nawet ciekawszy od samego filmu, mija właśnie dwadzieścia pięć lat.

Przytaczanie anegdot i wspomnień z planu zajęłoby kilkanaście akapitów, wspomnę więc tylko o tych najistotniejszych. Problemy zaczęły się już na etapie przedprodukcji - reżyser Steven E. de Souza miał zaledwie jedną noc, żeby przygotować wstępny scenariusz, a nad wszystkimi decyzjami pieczę trzymało studio Capcom, czyli producenci gry, którzy uparli się, by w głównej roli obsadzić wówczas największą gwiazdę kina akcji - Jean-Claude'a Van Damme'a, co pochłonęło osiem milionów dolarów z budżetu wynoszącego jedynie trzydzieści pięć milionów. Ta decyzja okazała się bezpośrednią przyczyną kolejnych problemów...

 

Po latach reżyser podzielił się wieloma pikantnymi szczegółami, wyznał, że Van Damme właściwie nie schodził z kokainowego haju (on sam również się z tym nie kryje, twierdzi, że wydawał w tamtym okresie dziesięć tysięcy dolarów tygodniowo na narkotyki) i notorycznie znikał z planu zdjęciowego. Z zupełnie innymi problemami borykał się natomiast odtwórca roli M. Bisona, głównego czarnego charakteru, Raúl Juliá. Był w trakcie zaawansowanej terapii związanej z nowotworem żołądka, wychudzony, osłabiony, zdecydowanie nienadający się do kręcenia scen walk. Rolę przyjął wyłącznie z jednego powodu - jego synowie byli fanami gry "Street Fighter" i przed śmiercią (która nastąpiła jeszcze przed premiera filmu) chciał zrobić im niespodziankę.

Smaczków związanych z ekstremalnie trudnymi warunkami kręcenia filmu w Tajlandii, gdzie istniało realne zagrożenie puczu, z obsadzoną w ostatniej chwili Kylie Minogue, z wymyślonymi na szybko naukami choreografii scen walki, do których nigdy nie doszło czy z kłopotliwym montażem wynikającym z nienakręcenia wielu stron i tak chaotycznego scenariusza jest znacznie więcej i wszystko wskazywało na to, że rezultatem będzie spektakularna klęska. Już po premierze wisielcze nastroje wzmacniały jednogłośnie negatywne recenzje (obecny wynik na Rotten Tomatoes to zaledwie 11%) i wtedy zdarzył się cud - w weekend otwarcia dochody wyniosły niemalże dziesięć milionów dolarów, po kolejnym było o siedem więcej, a ostatecznie stanęło na blisko stu milionach na skalę globalną. Niespodziewanie fani gry i fani Van Damme'a pokochali ten film, a po ćwierć wieku jest nawet więcej argumentów, by odczuć do niego słabość.

De Souza nie zdołał zrealizować większości pierwotnych planów związanych ze "Street Fighterem", ale udało mu się przekonać włodarzy z Capcomu, by odstąpić od pomysłu zbudowania fabuły wokół turnieju sztuk walki. Ruch okazał się słuszny i chociaż trudno mówić o nadaniu głębi postaciom znanym z gier, są zdecydowanie mniej jednowymiarowe niż te z o rok młodszej ekranizacji "Mortal Kombat". Poza prostym i oczywistym tematem walki dobra ze złem ujęto szereg dodatkowych wątków, sprawiających, że nie ścierają się ze sobą dwie anonimowe siły, lecz ludzie z krwi i kości - chociażby zemsta Chun-Li, tragiczna przemiana Carlosa Blanki w coś na kształt Potwora Frankensteina czy zawadiacka przygoda Ryu i Kena. Uniknięto dzięki temu największej bolączki chociażby "Ligi Sprawiedliwości" Zacka Snydera, gdzie motywacje bohaterów istnieją niemal wyłącznie w domyśle.

Kicz charakterystyczny dla lat 90. jest - rzecz jasna - wszechobecny. Rytm filmu wyznaczają niezbyt widowiskowe pojedynki przeplatane "one-linerami" i żartami śmiesznymi tylko dlatego, bo są do bólu nieśmieszne. Kiedy oglądałem ten film tuż po polskiej premierze (kwiecień 1995), w wieku dziewięciu lat, nie byłem w stanie wychwycić tej potężnej dawki tandety, bo nieszczególnie odstawała od wielu innych ówczesnych hiciorów pokroju "Sędziego Dredda" ze Stallonem, pierwszego pełnego metrażu "Power Rangers" czy wcześniejszego filmu Van Damme'a - "Strażnika czasu". Dzisiaj "Street Fightera" można natomiast odbierać jako esencję epoki - schematy kina akcji spotęgowane są tutaj do karykaturalnego ekstremum i chociaż był to kinowy hit, obecnie należy mu się medal za szczytowe dokonanie kina klasy B lat 90. i produkcję doskonale pasującą do określenia "tak złe, że aż dobre".


Uliczny wojownik

Tytuł oryginalny: Street Fighter

Japonia/USA, 1994

Capcom Entertainment

Reżyseria: Steven E. de Souza

Obsada: Jean-Claude Van Damme, Raúl Juliá, Kylie Minogue



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive