Ohyda - "Koszmar"

84%

Nazwa zespołu i tytuł albumu zestawione obok siebie mogą wyglądać jak znaki ostrzegawcze ustawione przed wejściem do ponurej graźni i na pewno wielu skutecznie odstraszą, ale znajdą się też tacy, którzy podejmą wyzwanie, a jeżeli dostaną dokładnie to, przed czym byli przestrzegani, bynajmniej nie doznają rozczarowania.

A dostaną, bo "Koszmar" Ohydy dorasta do swojej nazwy - to osiemnaście minut hałaśliwego łojenia wynikającego nie tylko z hardcore punkowej natury zespołu, ale nawet bardziej z obszernie wykorzystanych amplifikacji, pogłosów i innych efektów nałożonych zarówno na gitarę, jak i na wokal (co skutecznie w wielu momentach utrudnia zrozumieniu tekstów, mimo że wszystkie napisano w języku polskim). W połączeniu z ciasno słanymi uderzeniami w talerze (w tym w niemal zawsze otwarty hi-hat) powstaje tak gęste tło akustyczne, że dźwięki wydobywające się z głośników niemalże można kroić na kawałeczki.

 

Tempo nie jest przy tym zawrotne, a dynamika właściwie stała, co w malowniczym porównaniu wyglądałoby raczej jak masywny walec z wałami naszpikowanymi ćwiekami niż jak V8 Interceptor (pojazd Mad Maxa). Najbardziej rozpędza się druga połowa "Końca świata", ale to akurat utwór zaczerpnięty z repertuaru klasyków gatunku, bydgoskiego Abaddon. Przeciwną skrajnością jest z kolei końcówka wieńczącego album "Wiecznego cienia" - perkusja wciąż nadaje w niej rytm, ale już pozostałe instrumenty oddają się przesterowanemu, nieskładnemu chaosowi.

 

Kiedy już rozszyfrujecie teksty, znajdziecie tam anarchistyczne i antyreligijne przesłanie z pesymistyczną perspektywą na przyszłość. Aż chciałoby się powiedzieć, że nic się w tym hardcore punku od dekad nie zmieniło i pewnie dlatego kawałek Abaddon z lat 80. tak dobrze wpasował się do pozostałych z "Koszmaru", niemniej niewiele zmieniło się również w sposobie, w jaki ludzkość próbuje zarządzać Ziemią i sobą nawzajem, więc jeżeli komentarz wydaje się wtórny, to tylko dlatego, że nadal zwyciężają chciwość, obłuda i upijanie się władzą. Ohydę wyróżnia natomiast surowe, ale do tego stopnia zniekształcone brzmienie, że czasami zahacza wręcz o digital hardcore spod znaku chociażby nieodżałowanego Meinhof.

 

Okładka "Koszmaru" świetnie oddaje zawartość albumu. Z jednej strony, to na tyle skoczna muzyka, że na koncertach trudno będzie wystać pod ścianą, ma wartość czysto rozrywkową. Z drugiej strony, gdzieś w tle doszło już do eksplozji, która może zakończyć żywoty nas wszystkich, o ile zechcemy to dostrzec i pozwolimy sobie na chwilę refleksji. Idealne odwzorowanie dychotomii natury człowieka z końcówki drugiej dekady XXI wieku.


La Vida Es Un Mus/2019



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive